blogi

  •  |  Written by Godziemba  |  0
     
    26 kwietnia 1950 roku rozpoczęto budowę kombinatu hutniczego w Nowej Hucie.
     
     
           W następnej kolejności tuż za miastem rozpoczęto 26 kwietnia 1950 roku budowę kombinatu metalurgicznego. Jego nominalnym inwestorem było Ministerstwo Przemysłu i Handlu, natomiast generalnym dostawcą Ministerstwo Czarnej Metalurgii ZSRS. Projekt kombinatu opracował Gipromez (Gosudarstwiennyj Institut Projektirowania Metalurgiczeskich Zawodow) w Moskwie. Głównym inżynierem projektów kombinatu został zatrudniony w Gipromezie Chryzant Zybin.
     

          Partnerem Gipromezu ze strony polskiej był Centralny Zarząd Przemysłu Hutniczego w Katowicach, w którym powstał Wydział Odbudowy i Rozbudowy; z niego z kolei wyłoniło się Biuro Projektowania Hutnictwa „Biprohut” w Gliwicach. Przy Biprohucie w 1947 roku powołano Dział Projektowania Nowej Huty. W 1947 roku powstała też Komisja ds. Nowej Huty przy Ministerstwie Przemysłu Ciężkiego.
     

       W  następnych miesiącach toczono dyskusje na temat lokalizacji, wielkości i wydajności projektowanej huty. Polscy specjaliści od hutnictwa opowiadali się za hutą, która produkowałaby 0,5– –0,75 mln ton stali, jednak w trakcie wizyty polskiej partyjno-państwowej delegacji w Moskwie w styczniu 1948 roku Józef Stalin arbitralnie zdecydował, że produkcja Nowej Huty będzie wynosić aż 1,5 mln ton stali. Sowiecki dyktator uważał, że hutnictwo powinno wyprzedzać wszystkie pozostałe dziedziny przemysłu. Stal była bowiem niezbędna do wytwarzania różnego rodzaju uzbrojenia. Jego celem było przegonienie USA w hutniczej produkcji.

     
          Pod koniec 1948 roku nadal nie było wiadomo, gdzie powstanie nowa huta. Czekano na delegację z ZSRS, która miała uczestniczyć w podjęciu decyzji. Dział Projektowania Nowej Huty przedstawił przybyłej 13 stycznia 1949 roku sowieckiej delegacji jedenaście potencjalnych lokalizacji, wśród których były: Koźle, Kędzierzyn, Blachowice, Dzierżno,  Bycinę, Libiszów, Kuźnię Raciborską, Skawinę, Zator, Pleszów. W dniach 1 i 2 lutego 1949 roku specjalna komisja odwiedziła Pleszów.
     
     
          Ostatecznie Sekretariat KC PZPR 24 lutego 1949 roku zaaprobował wniosek komisji technicznej o lokalizację Nowej Huty na terenach Pleszowa i Mogiły.
     

       W marcu 1949 roku kierownictwo wtedy już Państwowego Przedsiębiorstwa Wyodrębnionego Nowa Huta objął Jan Anioła.
     

       W pierwszej kolejności powstały infrastruktury kolejowa, drogowa, wodna oraz elektryczna niezbędne do rozpoczęcia budowy kombinatu. W 1951 roku ruszyły prace  przy wznoszeniu warsztatów remontowych i mechanicznych, kuźni, parowozowni, warsztatu  konstrukcji stalowych, odlewni staliwa i żeliwa, zakładu materiałów ogniotrwałych.
     
     
            Od samego początku budowy podstawową, darmową siłę roboczą stanowiła młodzież Ochotniczych Brygad Związku Młodzieży Polskiej (ZMP) oraz Powszechnej Organizacji Służby Polsce. Zmilitaryzowana organizacja SP skupiała młodzież w wieku od 16. do 21. roku życia oraz dorosłych mężczyzn do 30. roku życia, nie podlegających służbie wojskowej. Junacy z SP pracowali od wiosny do jesieni, w ramach turnusów. W pierwszym okresie budowy tworzono drużyny robocze po stu junaków, dzielone na 15-20 osobowe grupy. Podstawowymi narzędziami pracy były kilofy, łopaty, taczki własne ręce.
     

         „Po kilku tygodniach plac budowy – wspominał jeden z junaków - przypominał gigantyczne kretowisko. Jak okiem sięgnąć rozkopana ziemia. Gdy spadły deszcze tonęliśmy w błocie. Pracowaliśmy umorusani gliną […] W gorszej sytuacji byli kierowcy. Ich samochody grzęzły w błocie. Nieraz stało po kilka aut, czekając na pomoc traktora […] Najlepszym środkiem lokomocji były konie. Te zawsze wychodziły z bagna, choć postronki często się rwały. Koni było mnóstwo i dziwnie wyglądały razem ze sprzętem zmechanizowanym. Często zresztą te konie ciągnęły samochody i inny sprzęt zmechanizowany. Niecodziennymi metodami wznoszono ten metalurgiczny gigant”.
     

         W październiku 1952 roku rozpoczęto betonowanie fundamentów Wielkiego Pieca Nr 1, przekazano również do eksploatacji pierwszy piec elektryczny odlewni staliwa, służący do wytopu stali szlachetnej. W tym samym roku oddano do użytku warsztaty mechaniczne Koksowni i Wielkich Pieców, Warsztaty Elektryczne, Parowozownię, Mechaniczną Stolarnię, wiele budynków administracyjnych, socjalnych i magazynowych, Siłownię, Wytwórnię Materiałów Ogniotrwałych a także Centralne Laboratorium. W sumie powstało 160 obiektów przemysłowych o kubaturze 2,5 mln m².
     

        Do 1956 roku wybudowano najważniejsze obiekty: koksownie (koksownia nr 1 – „stara”), aglomerownie (aglomerownia nr 1 – „stara”), trzy wielkie piece, stalownię martenowską i zespół walcowni.
     
     
           Projektanci kompleksu podkreślali rolę czynników ekonomicznych w podejmowaniu decyzji o lokalizacji Nowej Huty pod Krakowem. Jednym a argumentów przemawiającym za rezygnacją z lokalizacji huty koło Skawiny, miało być uwzględnienie faktu, że 85 proc. wiatrów w tym rejonie wieje z zachodu, a więc wszystkie dymy i zanieczyszczenia byłyby kierowane na Kraków . Nie przeszkadzało to jednak władzom komunistycznym  w wybudowaniu w Skawinie huty aluminium, z której zanieczyszczenia zatruwały Kraków przez dziesięciolecia.
     

         Komunistom nie przeszkadzała również świadomość, że wybudowanie Nowej Huty  będzie oznaczać śmierć dla Puszczy Niepołomickiej. W tym czasie nie brano pod  uwagę argumentów ekologicznych, a wręcz przeciwnie – widok dymiących kominów był  synonimem modernizacji i rozwoju kraju.
     
     
           Za odrzuceniem tezy, iż o lokalizacji Nowej Huty zadecydowały wyłącznie aspekty techniczno-ekonomiczne świadczy też to, iż na terenach wybór Mogiły i Pleszowa były bardzo urodzajne gleby.
     
     
           Nie można też zapominać, iż pierwsze wstępne studia z czerwca 1946 roku przewidywały wybudowanie huty nad Kanałem Gliwickim, a  zespół CZPH nawiązał  kontakt z amerykańską firmą Freyn Engineering Company z Chicago, od której zakupiono projekt huty. Współpraca z Amerykanami trwała do początku 1948 roku, a  huta nad Kanałem  Gliwickim miała być wybudowana właśnie według projektu amerykańskiego.  W tamtym czasie nie podnoszono kwestii braku miejsca na tak duży obiekt w tym rejonie. Argument  ten stał się ważny dopiero, gdy zrezygnowano z „amerykańskiej huty” i powyższej lokalizacji, co miało być  - wedle decydentów - podyktowane niepewnością pozostania tych ziem na stałe przy Polsce!
     

       Nie ulega wątpliwości, że dla komunistów budowa Nowej Huty miała walory polityczne i ideologiczne. Jednak według Andrzeja Chwalby w 1949 roku realizowano jeszcze plan trzyletni, a do sześcioletniego dopiero się przymierzano. Tak więc decyzję o lokalizacji Nowej Huty pod Krakowem podjęto niejako na progu nowego czasu, a „dopiero w latach 1951–1954 czynniki ideologiczne zdominowały wszystkie pozostałe. Obiekt [Nowa Huta] miał przysparzać nie tylko stali i surówki, lecz i zwolenników systemu, kreować zastępy wierzących i gorliwych oraz umacniać przyjaźń polsko-sowiecką, wznoszoną – jak pisano – na „granitowych fundamentach”. Polska wraz z Krakowem wchodziła, tak jak cały świat sowiecki, w etap walki „nowego i postępowego” świata ze starym i „zaśniedziałym”. Nowa Huta okazała się stworzona na symbol „nowego”.
     
     
         Kraków idealnie pasował jako znak rozpoznawczy „starego” porządku. Nowa Huta stanęła do pojedynku z Krakowem i miała bezapelacyjnie wygrać – zmienić Kraków, rozpuścić „błękitną krew” w świeżej i dobrej, bo „robociarsko-biedniackiej”. Zastępy nowohucian, stanowiące „zdrowy element proletariacki” miały być prowadzone na Kraków, by rozbić – jak pisano – krakowski zaścianek czy krakowski rezerwat.
     
     
           Na wydawanych wówczas pocztówkach z Krakowa, „zgodnie z tekstem piosenki, wedle której Kraków leży pod Nową Hutą, na pierwszym planie znajdowały się wielkie piece, a na dalszym dopiero Wawel i kościół Mariacki”.
     

          „Rośnie budowa, a wraz z nią rosną ludzie – przodownicy pracy, innowatorzy i racjonalizatorzy. W tej gigantycznej pracy udział biorą Brygady Ochotnicze ZMP oraz Służba Polsce” – stwierdzał lektor kroniki filmowej z 1950 roku. Nową Hutę nazywano także „miastem młodzieży”.
     

         W propagandzie podkreślano również, że projekt ten jest wspierany przez „sojuszników”. „Codziennie ze Związku Radzieckiego przybywają nowe maszyny do robót ziemnych i budowlanych” – opowiadał lektor Polskiej Kroniki Filmowej. Wielką rolę mieli odgrywać też „radzieccy doradcy”. W propagandzie urastali oni  do rangi głównych architektów nowego miasta. 
     
     
    Wybrana literatura:
     
    W. Paduchowski – U początków Nowej Huty. Spór o genezę usytuowania kombinatu i miasta
    A. Chwalba -  Dzieje Krakowa, t. 6: Kraków w latach 1945–1989
    A. Biedrzycka - Nowa Huta – architektura i twórcy miasta idealnego. Niezrealizowane projekty
    L. Konarski – Nowa Huta. Wyjście z raju
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0

    Propozycja ślubu bez możliwości rozwodu godzi tak naprawdę w tych, którzy nie chcą z niej skorzystać. No bo niby wielka miłość, ślub na całe życie a tu zostawiasz sobie furtkę. Teraz nie ma innej rady, a tak nie wiadomo jak się przechyli szala, szczególnie w ślubach kościelnych. Czy ludzie zaczną otwarcie przyznawać, że tak nie do końca poważnie traktują deklaracje ślubne, czy raczej będzie im wstyd? I o to jest inba. Jest tu antykobiecy wątek, ale on wynika z uprzywilejowania kobiet. Opłaca się im rozwód i dlatego 80% pozwów jest składanych przez kobiety. Dlatego jakby komuś realnie zależało na ograniczeniu rozwodów to powinien zacząć od wprowadzenia obowiązkowych testów DNA przy alimentach. Nie jest ojcem – nie ma kasy. Nie ma takiej akcji bowiem u nas, żeby kobieta-niematka miała zasądzane alimenty na nieswoje dziecko. U nas ogólnie uznawanie ojcostwa jest dyskryminujące mężczyzn, dodatkowo potem nawet jak prawda wyjdzie na jaw to sąd zasądza alimenta i tak, bo dziecko potrzebuje ojca. To niech ze swoich sąd płaci, jak taki wrażliwy.

    Pisze o tym w związku z sondażami, wg których 40 procent mężczyzn do 40 roku życia popiera Konfederację. Dodatkowo procent kobiet popierających Konfę przewyższył poparcie kobiece dla Lewicy. Lewica dostała ataku histerii w związku z tym i idzie na wojnę z Konfą. Pojawiły się w związku z tym opinie oceniające ofertę lewicy dla mężczyzn.

     

    Mamy tu ideę takiej samej płacy za tą samą pracę. Pytam się: ile jest operatorek walców drogowych, górniczek przodowych, techniczek wysokich napięć od transformatorów? Aby to porównać z mężczyznami. Mężczyźni dłużej pracują i mają większą wysługę lat. Wykonują różne prace, których kobiety nie są w stanie wykonywać. Teraz jeszcze mamy pomysł urlopu menstruacyjnego, czyli kobiety mają mieć 24 dni urlopu rocznie więcej. I taka sama wypłata ma być. Stosowny komentarz wrzucę w komciu.

    image

    II Paradox Korwina

    Wyobraźcie sobie, że walczymy z inwazją kanibali. Oni mają łatwiej, bo nie potrzebują tyle zaopatrzenia, zjadają bowiem ludzi. Aby z nimi skutecznie walczyć też musimy zacząć zjadać. Ostatecznie wygrywamy z nimi ale sami staliśmy się kanibalami i kanibalizm wygrywa. Podobnie aby odnaleźć się we współczesnej rzeczywistości mężczyźni muszą zacząć kreować się na ofiary, narzekać, nie brać odpowiedzialności itp. Kwękać.

    Podcast Dwie Lewe Ręce próbuje tu jakieś rozwiązanie znaleźć. Owszem, zauważają pewne paradoksy i niedostatki, ale i tak finalnie lżą konfiarzy:

     

    https://youtu.be/0zYS8OfPMQs

    Ci dwaj rzeczeni podcasterzy niestety należą do opcji mienszewików, czyli do poprzedniego etapu. Mądrość poprzedniego etapu zawiera takiereakcyjne elementy, jak istnienie różnic między kobietami a mężczyznami. Obecny etap to wszystko odrzuca. Odrzuca też matematykę, logikę i oparcie na faktach jako narzędzie dominacji białych samców nad resztą. Dlatego wspomniane towarzystwo zostanie skancelowane przez aktualną lewicę aktywistyczną.

    Mamy też różne inne paradoksy. Np. teza: większość w demokracji uciska mniejszość, bo ją przegłosowywuje. Ale to kobiety są w Polsce większością, czy mężczyźni zatem są prześladowaną mniejszością? Dalej: głos kobiet, kobiety w polityce itp. Wyobraźmy sobie, że mamy 460 kobiet w sejmie, ale są to same Kaje Godek, premierzyce Szydło, marszałkinie Witek. Ogólnie konfiary. Czy taki skład sejmu przypadnie do gustu lewicy? 

    Konfiary sprawiają lewicy sporo problemów, gdyż:

     

    1. Nie łykają prostytucyjnej propagandy Gazety Wyborczej.

    2. Od czarnej roboty mają mężczyzn, np. od wystapień na konwerencji wyborczej, itp.

    3. Bardziej świadome zachowania hipergamiczne mają. Oczekują od mężczyzny, że będzie mądrzejszy itp. zarabiał, wiercił dziury wiertarką, bo takie mają oczekiwania. Naturalną skłonność.

    III

     

    Sytuacja jest na tyle poważna, że poszedł paszkwil na Konfę. Niejakie Marcin Kącki spłodziłx utworę książkowę „Chłopcy. Idą po Polskę”, gdzie pojechał po tzw. Carrionerze. Wspomniany Carrioner sfrajerzył bo jest zdziwiony, że udzielił wywiadu funkcjonariuszowi Gazety Wyborczej i różne rzeczy są tam poprzeinaczane. No zdziwienie normalnie. Dzień jak co dzień. W każdym razie udacja działa w podobny sposób: najpierw niedostrzeganie zjawiska, potem ciężkie zdziwienie że organizacja odpowiadająca potrzebom elektoratu zdobywa popularność. Następnie próba zelżenia i ośmieszenia, co jest przejawem żeńskiej energii. Wejście na reputację jest tu typowe. Dalej foch, że społeczeństwo nie dorosło do demokracji. Przypomina się tu rok 2015 i marsz PiSu do władzy. Udecja uskuteczniała przeróżne fikoły, a to objaśniała, że za Prezydentem Andrzejem Dudą (wówczas kandydatem) stoi Kaczor. Jakby wszyscy tego nie wiedzieli.

    W każdym bądź razie wspomniany Carrioner został przytoczony w Radiu Zet, przy okazji wywiadu rzeczonexu Kącki. Czy muszę dodawać, że został przekręcony? Nie muszę. Tu macie jego wynurzenia:

    https://rumble.com/v2zc9eu-radio-z-o-konfederacji-i-o-mnie-moja-odpowied-.html

    Jest on wdzięcznym obiektem bo się podpala i się miota. Dodam jeszcze, że wyszła książka o rozwodzie - link w przypisach – która rozszerza dodatkowo tematykę. [2] Wobec tych zjawisk lewica jest bezradna. Jedyne co może to wykreować kolejnych liszeńców. Aby istnieć potrzebuje ona obiektu zbiorowej nienawiści. Mamy obecnie Kaczora, a wzrost Konfy powoduje wyciągnięcie tzw redpilowców, których będą teraz bezsilnie nienawidzić.

     

    Z redpilu wynika bowiem istnienie redpilówek, które nadają się do związków. A juleczki nie, bo się odklejają. Teza jest tu bowiem taka, że hipergamia to właściwość, a nie błąd i trzeba zaakceptować rzeczywistość.

     

     

    Przypisy:

     

    https://twitter.com/J_Dobromilski/status/1672947458546991106

    2 - https://www.facebook.com/RozwodKsiazka [3]

    3. Ustawa mieszkanie za donos jest dowodem na simpiarstwo PiSu. Parę razy walniesz się czółkiem o futrynę i masz mieszkanie np. za milion złotych. O różnych metodach walki o zasoby przy okazji rozwodu jest książka o rozwodzie. 

    5
    5 (1)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Tata Łukaszka był świadkiem wypadku samochodowego. Krzyczał, machał rękami, nic to pomogło. Jeden pan wjechał z impetem samochodem w samochód drugiej pani.
    Pani wysiadła, obejrzała auto i zażądała od sprawcy pieniędzy. Kierowca wyjął portfel i wypłacił jej pewną ilość banknotów.
    - Jeszcze - powiedziała pani.
    Kierowca dodał kolejną ilość.
    - Jeszcze.
    Zaszeleściło.
    - Jeszcze - nalegała dalej pani.
    Kierowca znowu wsunął dłoń do portfela ale banknotów już nie wyjął.
    - Już chyba wystarczy - powiedział. - To był przecież samochód a nie rezydencja w Brooklynie.
    - Rabują nie! Okradają! - zaczęła krzyczeć pani. Kierowca dał jej ostatnią partię pieniędzy., Oznajmił, że więcej nie da, bo przepłacił i tak chyba trzykrotnie po czym wsiadł do swojego samochodu i odjechał.
    Pani świdrowała ludzi stojących na chodniku, po czym krzyknęła do taty Łukaszka:
    - To pan! Pan jest winien mojej kraksie!
    - Przecież to nie ja panią uderzyłem! - zawołał tata Łukaszka. - Nawet nie mam tutaj auta! Jestem pieszo!
    - Ale ja tego nie powiedziałam! Powiedziałam, że pan jest odpowiedzialny! Dawaj pan kasę!
    - Jak to ja odpowiedzialny?! - tata Łukaszka nie wierzył własnym uszom. - Ja panią ratowałem!
    - Ale za słabo! Gdyby mnie pan ratował z pełnym poświęceniem nic by się nie stało! A tak proszę spojrzeć co się stało z moim autem!
    - Ale co ja mam z tym wspólnego? - wzruszał ramionami tata Łukaszka.
    - Nic! Ale pan jeszcze nie płacił!
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Budowa Nowej Huty była wielkim przedsięwzięciem, wiodącym motywem propagandy komunistycznej.
     
     
            Budowę Nowej Huty rozpoczęto w czerwcu 1949 roku od zaplecza miejskiego. Miało ono wyprzedzać budowę kombinatu i zapewnić miejsca kwaterunku dla budowniczych. Budowane było zgodnie z obowiązującą ówcześnie doktryną realizmu socjalistycznego, który  w swoich założeniach urbanistycznych preferował symetryczne układy.
     

           Po podjęciu decyzji o budowie miasta Nowa Huta pod Krakowem w Centralnym Biurze Zakładu Osiedli Robotniczych w Warszawie powstał zespół kilkunastu architektów na czele z inż. arch. Tadeuszem Ptaszyckim, który został delegatem Zarządu Głównego ZOR dla Nowej Huty. W dniu 4 kwietnia 1949 roku ZG ZOR powołał biuro inwestycyjne pod nazwą Zakład Osiedli Robotniczych – Budowa Osiedla Nowej Huty.
     
     
          Sam Tadeusz Ptaszycki od czasów szkolnych działał w  harcerstwie, w  warszawskiej „Czarnej  Jedynce”, gdzie poznał swoją przyszłą żonę Annę. Obydwoje zostali harcmistrzami i  razem ukończyli studia architektoniczne. Po ślubie w  1936 roku otworzyli w Warszawie własne biuro projektowe. We wrześniu 1939 roku Ptaszycki dowodził kompanią CKM 21. Pułku Piechoty „Dzieci Warszawy”. W  październiku 1939m roku trafił do niewoli. W niemieckim oflagu uczył swoich kolegów rysunku, prowadził wykłady z architektury i budownictwa. Po zakończeniu wojny, dzięki znajomości z ministrem odbudowy gen. Marianem Spychalskim, kolegą z  lat szkolnych, Ptaszycki został generalnym projektantem odbudowy Wrocławia.
     
     
          W czerwcu 1949 roku generalny projektant Tadeusz Ptaszycki przedstawił plan wstępny miasta Nowa Huta. Szczegółowe projekty architektoniczne i urbanistyczne pierwszych osiedli opracowywało od 1949 roku Centralne Biuro Projektów Architektonicznych i Budowlanych w Krakowie, zaś od stycznia 1950 roku specjalnie utworzony w Krakowie Oddział Centralnego Biura Projektów i Studiów Budownictwa Osiedlowego ZOR, którego dyrektorem i organizatorem był Tadeusz Ptaszycki jako delegat ZOR dla Nowej Huty.
     
     
          W dniu 10 lutego 1950 roku zatwierdzono plan generalny zawierający podstawowe
     założenia urbanistyczne. W styczniu 1952 roku oba biura połączyły się w jedno Przedsiębiorstwo Projektowania Budownictwa Miejskiego „Miastoprojekt”-Kraków pod kierownictwem Tadeusza Ptaszyckiego.
     

       Według pierwszych wytycznych miasto miało liczyć 60 tys. mieszkańców. Ostatecznie zdecydowano o wybudowaniu miasta dla 100 tysięcy. Plan generalny zakładał podział miasta na osiedla, które miały być samodzielnymi jednostkami mieszkaniowymi zaopatrzonymi w obiekty handlowe, usługowe i socjalne. Poza zespołami mieszkaniowymi wydzielono tereny szpitala ogólnomiejskiego, zespół szkół zawodowych wraz z internatami, pas zieleni o szerokości 1 km izolujący od kombinatu, urządzenia komunalne (oczyszczalnię ścieków, ujęcie wody pitnej z zakładem uzdatniania itp.). W założeniach przewidziano 67 proc. budynków mieszkalnych i 33 proc. obiektów użyteczności publicznej. W sumie miało to być 54,7 tys. izb mieszkalnych, 23 szkoły podstawowe, 4 licea, 7 szkół zawodowych, 55 przedszkoli, 40 żłobków, 20 świetlico-klubów robotniczych, 485 sklepów i 77 obiektów żywienia zbiorowego.
     

       Generalny projekt realizacyjny został zatwierdzony przez komunistyczne władze dopiero w 1952 roku. Wcześniej jednak  wznoszono budynki na podstawie wstępnych uzgodnień. Zaprojektowano 4 zespoły osiedlowe: A, B, C, D, każdy przewidziany dla ok. 20 tys. mieszkańców, złożony z 3–4 osiedli obliczonych na 5–6 tys. mieszkańców. 
     

         Budowę pierwszego bloku mieszkalnego rozpoczęto 23 czerwca 1949 roku na dzisiejszym osiedlu Wandy, wedle projektu Franciszka Adamskiego. Następnie wznoszono osiedla: Na Skarpie, Teatralnego, Krakowiaków, Górali, Sportowego, Zielonego. Wiosną 1950 roku rozpoczęto budowę linii tramwajowej łączącej Nową Hutę z Krakowem, którą oddano do użytku w listopadzie 1952 roku. Już w marcu 1951 roku Nową Hutę włączono do Krakowa jako nową dzielnicę, mimo to przez długi okres czasu była uznawana za osobne miasto.
     

         Tadeusz Ptaszycki  w jednym z wywiadów z roku 1950 podkreślał, iż  w pracy nad tworzeniem projektu miasta Nowa Huta kierowaliśmy się zasadą: dać człowiekowi pracy pełnię form wypoczynku po zajęciach, by umożliwić mu podniesienie sprawności fizycznej, zapewnić jak najlepsze warunki zdrowotne, umożliwić jego rozwój umysłowy... Nowe miasto to pierwsze miasto bez ciasnych podwórek i ciemnych oficyn. Każde z mieszkań zaopatrzone będzie w centralne ogrzewanie, instalację elektryczną, gazową i wodę. Wszystkie domy będą zradiofonizowane. Na każdej klatce schodowej będzie telefon".
     

        Na budowie tych osiedli bił swoje rekordy Piotr Ożański – murarz, przodownik. Swoją pracę „w służbie socjalizmu” rozpoczynał w Korpusie Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Później wstąpił do Związku Młodzieży Polskiej. Na teren Nowej Huty przybył ze swojej rodzinnej wsi na Podkarpaciu. W lipcu 1950 roku wraz z dowodzonym przez siebie trzyosobowym zespołem pobił pierwszy rekord wydajności. W ciągu ośmiu godzin pracy ułożyli ok. 35 tys. cegieł. 
     

        „Trójki idą równomiernie na przód, nikt nie pozostaje w tyle, nikt nie usiłuje uchylić się od pracy. Po ośmiu godzinach pracy dokonano obliczeń. Dotychczasowy młodzieżowy rekord murarski został poważnie przekroczony. Zetempowska brygada Muranowa ułożyła w ciągu 8 godzin 14 tys. cegieł, podczas gdy brygada Ożańskiego wymurowała 34 728, wykonując tym samym normę dzienną w 525,5 proc. Jest to pierwsze poważniejsze osiągnięcie ZMP-owców w Nowej Hucie” – podkreślano w jednej z propagandowych relacji. Ich wyczyn wykorzystano w obchodach szóstej rocznicy ogłoszenia tzw. manifestu PKWN. W kolejnych miesiącach wraz ze swoim zespołem Ożański bił kolejne rekordy. On i jego koledzy potrafili ułożyć ponad 60 tys. cegieł w trakcie ośmiu godzin. Pokaz ich umiejętności urządzono nawet w „bratnim” Berlinie Wschodnim. 
     

         „Ożański był obwożony i pokazywany jak małpka w klatce. Wszędzie wzywał do bicia rekordów, do walki o wykorzystywanie każdej minuty, do wzmożenia tempa budownictwa Nowej Huty” – napisał w „Dziejach Krakowa” prof. Andrzej Chwalba. W czasie jednej z prób rekordu poparzył się leżącą zbyt blisko ogniska cegłą. Według propagandy komunistycznej podrzucenie cegły miało być działaniem mającym na celu sparaliżowanie wysiłków przodowników. Być może w przesłaniu propagandystów tkwiło ziarno prawdy. Otoczenie Ożańskiego podkreślało, że za podrzuceniem cegły mogli stać jego koledzy, którzy nie wytrzymywali tempa pracy.
     

        „Pamięć imiona wasze codzień / notuje słowem zdobnym w podziw, / notuje normy waszej poryw / i włącza w piękny plan obliczeń. / Bo to jest pamięć robotnicza / służąca klasie robotniczej” – pisała w wierszu „Młodzieży budującej Nową Hutę” Wisława Szymborska, poetka wiernego stalinowskim ideom pokolenia ZMP.
     
     
          W 1951 roku dzielnicę zamieszkiwało pięć tysięcy ludzi, pod koniec lat 50. liczba ta wzrosła do stu tysięcy. Znaczny napływ ludności nastręczał wielu problemów. Osiedlali się tu głównie mieszkańcy pobliskich wsi, stąd też zdarzały się przypadki hodowli drobiu czy świń w łazienkach bądź spacerowania w szlafroku po osiedlach. Poza tym rosła przestępczość, prostytucja, pijaństwo i kradzieże.
     
     
          Mieszkańcy Nowej Huty nigdy nie zaakceptowali wielu komunistycznych pomysłów. Nie wypalił program budowy osiedlowych stołówek, które miały zwolnić kobiety z  obowiązku gotowania posiłków w  domu.  Na każdym osiedlu oddawany był do użytku wielki lokal przeznaczony na osiedlową jadłodajnię. Wszystkie stołówki miały być zaopatrywane w półprodukty z  centralnej bazy w  Krzesławicach, gdzie między innymi miała znajdować się Centralna Skrobalnia Ziemniaków. Partia liczyła, że kobiety ten program przyjmą z  entuzjazmem. Po wielu miesiącach przygotowań żadna z  osiedlowych stołówek nie ruszyła, bo nie było chętnych na osiedlowe jedzenie. Większość pracowników kombinatu i  innych przedsiębiorstw korzystała ze swoich stołówek w  zakładach pracy, a  wieczorem żony chciały same mężom gotować. Nie udało się ich przekonać, że władza chce im pomóc. Każde osiedle miało mieć jedną elegancką restaurację. Otwierane były z wielką pompą i  po kilku miesiącach zamykano je z  powodu braku konsumentów, bo robotnicy do tych restauracji przychodzili tylko na piwo lub wódkę.
     
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Everyman  |  0

    Kocopały głoszone przez lidera PO osiągnęły już taki poziom, że nawet jego zagorzali wyznawcy czują zażenowanie. Wyznawcy, bo proponowany przez niego przekaz nie poddaje się jakiejkolwiek próbie racjonalnej analizy, więc pozostaje im jedynie fanatyczna wiara w nieomylność idola.

    Posiłkują się często karkołomną egzegezą słów mistrza dokonywana przez najwierniejszych dworzan, lecz wysiłki interpretatorów w rodzaju Kidawy-Błońskiej, Grabca czy Tomczyka znacznie bardziej pasują do katalogu pt „Łubu dubu, łubu dubu...” z filmów Barei, niż do czegokolwiek co mogłoby mieć związek ze zdrowym rozsądkiem. Jedyna wartość tych „wyjaśnień” to wazeliniarska nadzieja pochlebców na łaskawość lidera przy układaniu list wyborczych.

    Pierwszy z brzega przykład to natrętne próby zamazywania różnic pomiędzy uchodźcami, legalnymi migrantami zarobkowymi i nielegalnymi migrantami, których próbuje nam wcisnąć UE w ramach tzw relokacji. Zarówno prominenci opozycji jak i sprzyjające im media idą dalej i narzucają bałamutną wykładnię jakoby przyjęcie ww mechanizmu nie miało stałego charakteru i nie groziłoby Polsce problemami w przyszłości.

    Podobne przykłady można mnożyć, lecz nawet piarowcy ze sztabu przewodniczącego PO gubią sens przekazu i nękają słuchającą go publiczność sprzecznymi komunikatami. W rezultacie zmuszają nadającego te komunikaty Tuska do niebezpiecznych salt i bolesnych szpagatów. Jeśli jest inaczej i nie odczuwa on dyskomfortu podczas wygadywania bredni, to może tak być wyłącznie dlatego, że chroni go niewiarygodny cynizm, z którego słynął już dawniej.

    Mniejsza o to. Przedwcześnie przeprowadzona operacja robienia wody z mózgu wszystkim, obliczona na neutralizację postulatów strony rządzącej, wypala się na naszych oczach i nawet średnio zainteresowany polityką potencjalny wyborca wzrusza ramionami słuchając tych bredni. Zwłaszcza, że zbliżająca się do zera wiarygodność lidera opozycji nie pozostawia wątpliwości.

    Łatwość dostępu do zasobów archiwalnych TV i internetu, jak również pamięć Polaków działają jak zwierciadło i tenże lider, skonfrontowany z własnymi wypowiedziami i działaniami, sam sobie szkodzi. Całkiem jak bazyliszek ..

    Czy można więc oczekiwać nagłej zmiany strategii i przejścia do merytorycznej debaty?

    Co to, to nie! Już widzę jak Tusk ściera się na argumenty np. z Morawieckim na temat budżetu lub finansów publicznych. W życiu! Można się raczej spodziewać pogłębiania swoistej mimikry, której pierwsze przykłady można było dostrzec podczas kampanii prezydenckiej, kiedy to piarowcy Trzaskowskiego testowali technikę „kopiuj-wklej”czerpiąc garściami z programu Dudy.

    Jeśli w tej kampanii z Jarosława Kaczyńskiego robi się rusofila i zwolennika napływu muzułmańskich imigrantów, to można sobie wyobrazić wszystko. Nie zdziwię się oglądając nowy spot PO, w którym Donald Tusk wali pięścią w stół domagając się reparacji od skulonego ze strachu Webera.

    No, dobrze. Jeśli tym zabiegom tak blisko do absurdu i tak łatwo to dostrzec, to do kogo są kierowane? Do grupy intelektualnie leniwych fanatyków, którym można wmówić dosłownie wszystko?

    Nie do nich. W myśl przysłowia o łowieniu ryb w mętnej wodzie PO zarzuca sieć by złowić wyborców niezdecydowanych. Tych, którzy mogliby pomóc przebić sufit ze szkła coraz solidniej hartowanego. Tych, którzy czytają tylko tytuły czy paski na ekranach, nie wgłębiając się w umieszczaną pod nimi treść. Tych nieogarniętych …

    W tym sęk, że platformerscy macherzy od PR popełniają ciągle ten sam błąd: urojone poczucie wyższości nakazuje im zakładać, że większość Polaków to ci nieogarnięci.

    5
    5 (1)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Podczas wycieczki po Warszawie pani pedagog zabrała klasę Łukaszka na zwiedzanie uniwersytetu. Pokazała im zajęcia praktyczne z praw reprodukcyjnych.
    - Nie chcemy już więcej uniwersytetu - jęczała dziewczynka, która zawsze odzywała się jako pierwsza, ale pani pedagog była nieprzejednana. Obejrzeli budynki, rozmawiali z osobami wykładającymi.
    - Żadnych dowcipów "moja mama też wykłada, ale towar na półki w sklepie" - zastrzegła pani pedagog.
    - Teraz to robią studenci - zauważył Łukaszek.
    Osoby studenckie przysłuchujące się tej rozmowie zaczęły płakać.
    - No i widzisz Hiobowski coś ty narobił - rzekła ponuro pani pedagog i pokazała jakiegoś studenta obok. - Doprowadziłeś chłopaka do płaczu.
    - Jestem kobietą - powiedział student i zaczął płakać jeszcze bardziej.
    - No tak - pani pedagog potarła czoło. - Chodźcie, zajrzymy jeszcze na zajęcia z kulturoznawstwa.
    I weszli. Grupa studentów czekała na wykładowcę, który się spóźniał, bo stał rowerem w korku. Wszyscy się grzecznie przywitali i pani pedagog poprosiła studentów:
    - Powiedzcie dlaczego wybraliście akurat ten kierunek.
    - Ech, pewno powiedzą, że od dziecka o tym marzyli - machnął ręką okularnik.
    No i się miło rozczarował, bo pierwsza studentka powiedziała:
    - Nie wiem jak inni, ale poszła na kulturoznawstwo tylko dlatego, że tu nie ma matematyki. Z matmy dostałam dwadzieścia pięć procent na maturze i to zamknęło przede drzwi na moją wymarzoną robotykę. Cholerny Czamysław-Przernek! To jego wina! To wina rządu! Wiele rzeczy w tym kraju to wina partii rządzącej! Wiecie o tym prawda?
    - Oczywiście - zadudnił Gruby Maciek. - Mój stary twierdzi ciągle tak mówi. Wczoraj powiedział, że to wina partii rządzącej, że rozlał herbatę na podłodze, potem w nią wszedł i jeszcze się wywalił.
    Zapadła niezręczna cisza.
    - A... Czego się właściwie uczycie? - przerwała je dziewczynka, która zawsze odzywała się jako pierwsza.
    - Gender - odezwał się drugi student, chwycił za kredę i podszedł do tablicy. - Jak zapewne wszyscy dobrze wiedzą mamy pięćdziesiąt sześć płci - napisał na tablicy liczbę 56. - Połowa z nich...
    - Chwileczkę! - przerwał mu Łukaszek. - Jedna z tych płci to osoby niebinarne, prawda?
    - Tak.
    - Czy taka płeć nie powinna liczyć się podwójnie? W końcu ich zaimki to liczba mnoga.
    - Właściwie racja - student poprawił 56 na 57. - Połowa z nich to w uproszczeniu model feministyczny...
    Student podniósł kredę, spojrzał na liczbę i się zatrzymał. Po czym powoli, bardzo powoli napisał "28".
    - To nie jest połowa - zauważyła pani pedagog.
    - Wiem! - krzyknął student i szybko starł drugą liczbę. Kilka razy przybliżał kredę do tablicy i ją cofał. Ręka zaczęła mu drżeć.
    - Może to jakoś inaczej zapisać - poddała pierwsza studentka.
    - Oczywiście! - zawołał radośnie okularnik z trzeciej ławki. - Można to pomnożyć przez zero przecinek dwadzieścia trzy!
    - I to da połowę? - student spojrzał na niego nieufnie. - Połowa to chyba zero przecinek pięć?
    - Tak, ma pan rację! Ależ dwa i trzy dają właśnie pięć! - cieszył się okularnik.
    Student zapisał "0,23 x 57 =" i się poddał.
    - Może tobie się uda - szepnął oddając kredę pierwszej studentce.
    - Miało nie być matematyki - dąsała się pierwsza studentka. - Poza tym wydaje mi się, że ta liczba nie dzieli się tak prosto przez dwa, bo jest nieparzysta
    - Wystarczy podzielić każdą cyfrę przez dwa i już - poddał Gruby Maciek.
    Studentka zapisała "57 : 2 =" i zauważyła:
    - Niby jak? I pięć jest nieparzyste i siedem jest nieparzyste!
    - Ma pani rację ale tylko częściowo - stwierdził Gruby Maciek. - Ta liczba składa się przecież z dwóch cyfr. A dwie nieparzyste dają parzystą. No? Dowiemy się wreszcie ile wynosi połowa płci?
    Studentka popatrzyła jeszcze chwilę na tablicę. Potem zaczęła głośno hiperwentylować. Rzuciła kredę i zaczęła płakać i kopać ścianę krzycząc, że nienawidzi matematyki, ministra, rządu i partii.
    Kiedy wychodzili z terenu uczelni pani pedagog powiedziała Łukaszkowi:
    - Ostatni raz Hiobowski byłeś na uniwersytecie.
    - Ma pani rację - niespodziewanie przyznał jej rację Łukaszek.
    - Jak to, Hiobowski, zgadzasz się ze mną? Nie zamierzasz iść na studia?
    - Zamierzam. Ale na Polibudę.
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Rodzice Łukaszka wybrali się do znajomej mamy Łukaszka.
    - Ostatni raz jesteście tu u nas - zaszczebiotała znajoma.
    - I bardzo dobrze. I tak mieliśmy was za nadętych buców - tata Łukaszka wstał od stołu i rzekł do mamy Łukaszka:
    - Idziemy.
    Wstali.
    - Ależ nie, nie o to mi chodziło - znajoma machała rękami i rozpaczliwie starała się zatrzeć złe wrażenie. - Właśnie skończyliśmy z mężem budowę domu i wkrótce się przeprowadzamy!
    Mama Łukaszka siadła obok i sięgnęła po "Wiodący Tytuł Prasowy". Mąż znajomej kupował go codziennie. Trzy razy.
    - Tak, tak - ciągnęła dalej opowieść znajoma. - Osiemdziesiąt pięć procent dał nam bank. A piętnaście procent rodzice...
    - Przykro mi to mówić, ale nie zbudowaliście domu - przerwał jej brutalnie tata Łukaszka.
    Tym razem wstała znajoma.
    - Jak to?! - spytała strasznym głosem znajoma.
    - A tak to.
    - Przecież ten dom stoi!!
    - Ale to nie wy go zbudowaliście.
    - A kto?!
    - Bank i rodzice. Wasz wkład był zerowy. Przypisujecie sobie tylko cudze zasługi. Palcem nawet nie kiwnęliście, leniuchy!
    Znajoma się zagotowała.
    - Co pan mi tu gada?! A załatwienie tych pieniędzy?! A formalności?! A wybór działki, projektu?! A pozwolenie na budowę?! A wybór wykonawców, a pilnowanie, a załatwianie wszystkiego?! Słyszysz? - zwróciła się do mamy Łukaszka - co twój mąż za bzdury gada?
    - Nic nowego mi nie powiedziałaś - mama Łukaszka nie odrywała wzroku od gazety. - Tu mam jeszcze lepszą bzdurę. Otóż okazuje się, że dziś mija pięć lat od otwarcia tego pożal się Boże tunelu w Świnoujściu...
    - Boga nie ma - warknęła znajoma patrząc wyzywająco na tatę Łukaszka.
    - Pożal się Marks - replikował błyskawicznie tata Łukaszka.
    - ...tego pożal się Marks tunelu w Świnoujściu... - mama Łukaszka kontynuowała lekturę. - Jest to antyniemiecki tunel, który dzieli...
    - Łączy! - zaprotestował tata. - Łączy obie części miasta.
    - Ale dzieli ludzi - rzuciła znajoma. - Poza tym: żaden statek nim nie pływa.
    Zapadła cisza.
    - To przekop - sprostowała ostrożnie mama Łukaszka. - Na Mierzei Wiślanej.
    - Ale czy tym tunelem przepłynął jakiś statek? - znajoma się nie poddawał.
    - No nie.
    - No więc!
    Tata Łukaszka ukrył twarz w dłoniach.
    - A najlepsze jest to - mama Łukaszka zaczęła się śmiać - że rząd chwali się tą inwestycją zupełnie nie mając ku temu podstaw!
    - Rząd to wybudował - zauważył tata odejmując dłonie od twarzy.
    - Akurat tam wybudował! - mama Łukaszka plasnęła dłonią w stół. - Osiemdziesiąt pięć procent pieniędzy dała Unia Europejska, a piętnaście procent samorząd...- spojrzała zaniepokojona na znajomą. - Zofia? Co ci jest? Ty płaczesz?
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Danz  |  0
    Postawmy kilka tez. Po pierwsze był to pucz, czy raczej rokosz, na poważne a nie żadna pokazucha, inscenizacja czy maskirowka. Ofiary są realne, rosyjskie media informują nawet o 20 lotnikach sił rządowych, którzy stracili życie w związku z faktem, że zestrzelono ich samoloty czy śmigłowce bojowe. Sam Prigożin w jednym ze swych ostatnich wystąpień potwierdził fakt użycia przez buntowników systemów przeciwlotniczych Pancyr i zapowiedział wypłatę finansowych odszkodowań rodzinom poległych pilotów. To jeszcze nie musi o niczym świadczyć, ale większość, jeśli nie wszyscy rosyjscy analitycy są zdania, że o żadnej maskirowce nie ma mowy, choć nie przeczy to kolejnej tezie, że Prigozin mógł zostać wykorzystany i „użyty” przez innych, znacznie potężniejszych od niego graczy. Tatiana Stanovaya napisała wręcz, że celem Prigożina, który rozpoczął swą desperacką akcję nie było wcale zdobycie władzy a z pewnością nie obalenie Putina, ale wywołanie mniej ambitnych zmian, w kierownictwie resortu obrony. W światle tej narracji „kucharz Putina” został sprowokowany do swej desperackiej akcji bo zorientował się, że cała machina państwowa zaczęła działać przeciwko niemu, co mogłoby, gdyby nie reagował oznaczać to, że straci wszystko – i pozycję polityczną, i Grupę Wagnera i cały biznes, a niewykluczone, że i życie. Zaczął on działać i to już wywołało istotne skutki. Dlaczego?
    Całość tutaj: 
    https://wpolityce.pl/swiat/652286-w-rosji-zaczyna-sie-rozgrywka-o-wladze
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Danz  |  0

    Za dwa tygodnie w Wilnie spotkają się przywódcy 31 państw NATO, a to, co postanowią, będzie mieć decydujący wpływ na dalszy bieg wojny na Ukrainie.

    Jak do tej pory obserwujemy kakofonię niejasnych i nawzajem sprzecznych deklaracji kluczowych liderów, czego efektem jest wrażenie niezborności i zamętu tym większego, im bliżej daty 11 lipca. Po blisko półtora roku trwania w Europie wojny widać jak na dłoni, że zachodni sojusz nie ma żadnej pozytywnej strategii, rokującej bliższym czy dalszym, ale możliwym do przyjęcia dla Kijowa sposobem zakończenia działań wojennych. I nie ma już chyba nikogo jako tako realnie patrzącego na globalną politykę, kto by nie rozumiał dwóch fundamentalnych prawd na temat toczącej się wojny. Pierwszej, że trwające na dotychczasowym poziomie, a nawet w przypadku…

     
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W obliczu niemieckich planów wojny z Polską, Naczelne Dowództwo WP opracowało w maju 1919 roku plan przeciwstawienia się agresji niemieckiej.
     
     
           Z niemieckich planów zdawał sobie z tego doskonale sprawę Naczelnik Państwa Józef Piłsudski. Poseł francuski w  Polsce Eugenie Pralin w  raporcie do centrali w  Paryżu wskazywał jednak, że Naczelnik Państwa i  jednocześnie Naczelny Wódz, Piłsudski, „nie przejmował się specjalnie machinacjami Niemców”.  W rzeczywistości jednak Piłsudski był gotów do czasowej rezygnacji z  realizacji swojej polityki wschodniej i  wycofania wojsk walczących na Białorusi i Wileńszczyźnie, wstrzymania polskiej ofensywy w  Galicji Wschodniej i  na Wołyniu, by obronić polską granicę zachodnią, nad której przebiegiem dyskutowano na pokojowej konferencji paryskiej.


           Sztab Generalny Naczelnego Dowództwa WP  15  maja 1919  roku w  piśmie do dowódcy Frontu Litewsko-Białoruskiego gen. Szeptyckiego jednoznacznie wskazywał, że „O ile siły nasze w najbliższym czasie wydatnie się nie zwiększą, ND WP liczy się z koniecznością opuszczenia w  razie wojny z  Niemcami ogromnej części zajętych obecnie terenów Litwy i Białorusi”.
     
     
           Naczelne Dowództwo WP  22 maja 1919  roku wydało dyrektywę o  utworzeniu frontu przeciwniemieckiego. Front ten określany jako superfront podzielony został na pięć frontów: Litewsko-Białoruski (gen. Stanisław Szeptycki), ciągnący się od linii demarkacyjnej z Litwą do granicy z Prusami Wschodnimi; Mazowiecki (gen. Emmanuel Massenet), skierowany przeciwko Prusom Wschodnim (zlikwidowany w  październiku 1919  roku); Wielkopolski (gen. Józef Dowbor-Muśnicki), obsadzający odcinek granicy przylegający do Wielkopolski (zlikwidowany 23 marca 1920  roku); Śląski (gen. Louis Pierre Modelon), broniący śląskiego odcinka frontu; Cieszyński (płk Franciszek Ksawery Latinik), rozlokowany na granicy w  rejonie Śląska Cieszyńskiego. Na kierunku przeciwniemieckim strona polska skoncentrowała 156-tysięczną armię złożoną z  formacji liniowych.
     
     
          Ponadto podjęto decyzję o  tworzeniu rezerwy podległej bezpośrednio Naczelnemu Wodzowi. W  jej skład weszła 7. DS z  armii gen. J. Hallera przetransportowana z  Francji do połowy czerwca 1919  roku, podobnie jak 6. DS z tej armii początkowo przewidziana dla Frontu Mazowieckiego, przybył z  nią także pułk czołgów. Na dowódcę rezerwowej grupy operacyjnej wyznaczony został gen. Aleksander Karnicki. Rezerwę stanowić miały też pojedyncze bataliony formowanej 10. DP dowodzone przez płk. Józefa Lewszeckiego. Do tych zadań przewidziano również formacje lotnictwa (faktycznie dwie eskadry przybyłe z  armią gen. J. Hallera).
     
     
          Przystąpiono także do budowy fortyfikacji polowych. Rozważano nawet pewne przygotowania do ewakuacji ludności i mienia. Ostatecznie strona polska wydzieliła do składu frontu przeciwniemieckiego 156 tys. wojsk liniowych i  około 14  tys. formacji rezerwowych ochotniczych.
     
     
          Przeciwnik dysponował ponaddwukrotną przewagą formacji regularnych i  pięciokrotną wśród ochotniczych. Niemcy musieli się jednak liczyć z  ofensywą wojsk sojuszniczych na ich zachodnich granicach.
     
     
          Ważną rolę w  opracowaniu planu przeciwstawienia się niemieckiej agresji grożącej Polsce wiosną 1919  roku odegrał szef Francuskiej Misji Wojskowej w Polsce gen. Paul Henrys. Generał Henrys dość trafnie przewidział liczebność oraz ześrodkowanie sił niemieckich szacowanych na około 300 tys. żołnierzy. Zakładał kilka wariantów działań najprawdopodobniej przyjętych przez Niemców: natarcie z  rejonu Pisz–Suwałki na Grodno, ofensywę zasadniczą wyprowadzoną z  rejonu Toruń–Działdowo (wprost na Warszawę lub na kierunku południowym dla odcięcia Wielkopolski), ofensywę wychodzącą z  Górnego Śląska (traktowana jako wspierająca działania prowadzone przeciwko Wielkopolsce lub by zająć Zagłębie Dąbrowskie). W  zależności od tych wariantów proponował odpowiednią kontrakcję ze strony Wojska Polskiego.
     
     
          Myślą przewodnią tego planu było doprowadzenie w  pierwszej fazie wojny do takiego położenia operacyjno-strategicznego, które umożliwiałoby zajęcie przez polskie siły zbrojne Prus Wschodnich oraz tzw. występu śląskiego, przy założeniu prowadzenia działań obronnych w  Wielkopolsce, na Pomorzu i  Górnym Śląsku. W  następnej fazie przewidywał on generalną ofensywę polsko-francuską na Berlin, by ostatecznie pokonać przeciwnika.
     
     
          Plan ten nie zyskał jednak uznania ze strony marsz. Focha, który za jego słabość uznawał brak obrony tych obszarów, które traktat wersalski przyznawał Polsce.
     
     
           Równocześnie 28 maja 1919 roku Piłsudski podpisał ogólną instrukcję do obrony granic polsko-niemieckich, która zakładał w  pierwszym etapie zmagań wojennych koncentrowanie uwagi na działaniach defensywnych, ale w  formie aktywnych uderzeń na wybrane zgrupowania przeciwnika. Liczono się z natarciem niemieckim na skrzydła Frontu Wielkopolskiego – w  tej sytuacji własne działania zaczepne prowadzone miały być wzdłuż lewego brzegu Wisły lub w  kierunku Sieradz–Wieruszów. W  wariancie natarcia niemieckiego z  pozycji Toruń–Mława miano je zablokować przez działania aktywne wykonywane przez Front Mazowiecki. Z  kolei 3 czerwca ukazała się kolejna instrukcja Naczelnego Dowództwa WP dotycząca obrony oraz linii wycofywania się Frontu Wielkopolskiego. Dopuszczano ewentualność częściowego opuszczenia Wielkopolski poprzez obsadzanie przez wojsko trzech kolejnych linii obronnych (pierwsza od Kcyni przez Wągrowiec do Obornik, druga – od Inowrocławia przez Gniezno– Ostrów Wielkopolski–Ostrzeszów do Wierszowa i  ostatnia – linia Prosny czy dawna granica przedrozbiorowa).
     
     
          Sytuacja była tak napięta, że 10 maja 1919 roku Rada Najwyższa Ententy rozważała kroki, jakie należałoby podjąć na wypadek wznowienia działań wojennych z  Niemcami. W  spotkaniu uczestniczył marsz. Foch i  jego szef sztabu gen. Maxime Weygand, którzy wskazywali, iż siły sprzymierzonych znajdujące się nad Renem liczące 40 dywizji piechoty i pięć dywizji kawalerii były gotowe do rozpoczęcia działań w  ciągu ośmiu dni od podjętej decyzji. Za główny cel ewentualnej ofensywy wojskowi uznali zajęcie siedziby rządu i  kierownictwa państwa niemieckiego – opanowanie Berlina i  Weimaru.
     
     
           Jednocześnie marsz. Foch zaproponował różne warianty ofensywy. Podjętym ustaleniom nadano duży wydźwięk propagandowy, szeroko informując w prasie o inspekcji wojsk prowadzonych przez marsz. Focha. Miała to być forma nacisku na kierownictwo Niemiec. Wyniki inspekcji zostały zreferowane przed Radą Najwyższą 19 maja, która uznała przygotowania do ewentualnej inwazji za wystarczające.
     
     
           Dla strony polskiej niepokojącą informacją był przewidywany czas trwania operacji alianckiej obliczany na trzy do czterech tygodni. Oznaczało to, że przez miesiąc ciężar walk spoczywał na Wojsku Polskim.
     
     
            W czerwcu 1919 roku Rada Najwyższa dwukrotnie zapraszała premiera Ignacego Jana Paderewskiego do zreferowania sytuacji na polsko-niemieckiej granicy. Wywiad polski donosił, że Niemcy zgromadzili na niej 350 tys. wojska.
     
     
            Największy kryzys mogący doprowadzić do wojny polsko-niemieckiej nastąpił po oficjalnym przekazaniu delegacji niemieckiej projektu traktatu wersalskiego, a  szczególnie po odrzuceniu 16 czerwca przez Ententę kontrpropozycji niemieckich w  sprawie warunków pokoju. Jednocześnie postawiono Niemcom ultimatum przyjęcia warunków do 21  czerwca (następnie nastąpiła prolongata o  dobę).
     
     
           Niemcy ogarnęła wielka fala protestów i  oburzenia, jeszcze silniejsza od tych mających miejsce po wręczeniu im projektu traktatu. Większość opinii publicznej optowała za ich odrzuceniem, a w przypadku Polski rozpoczęciem wojny.
     
     
            W tym czasie mnożyły się incydenty na linii demarkacyjnej. Kierownictwo powstania wielkopolskiego ogłosiło stan wyjątkowy na całym podległym mu obszarze, zniesiony 9 lipca 1919 roku.
     
     
            Jednym z  głośniejszych incydentów sprowokowanych przez Niemców było wysadzenie przez nich 7 czerwca mostu kolejowego między Lesznem a  Kąkolewem, co zablokowało czasowo transport armii gen. J. Hallera. W okolicy Wieruszowa Niemcy starali się prowokować Polaków, by uzyskać pretekst dla własnych działań odwetowych. 23 czerwca 1919  roku Niemcy nie tylko ostrzelali ogniem artyleryjskim miasto, ale zaatakowała go piechota z formacji Grenzschutzu. Spłonęło około 130 budynków, w tym 50 domów mieszkalnych. Ludność w  popłochu opuściła miasto. Polski kontratak przeprowadzony przez 167. rezerwowy bytomski pułk piechoty wyparł przeciwnika z  miasta.
     
     
           Szczególnie napięta sytuacja powstała na zachodniej granicy Wielkopolski. Niemcy prowadzili tam intensywny ostrzał także artyleryjski. Tylko w dniach 22–28 czerwca 1919 roku zginęło 20 polskich żołnierzy, 28 zostało rannych, a 14 trafiło do niewoli.
     
     
           Przywódcy Ententy liczyli jednak na rozwagę rządu postawionego praktycznie w beznadziejnej sytuacji w wypadku uruchomienia planu marsz. Focha marszu na stolicę Niemiec.
     
     
          Zanim to nastąpiło, 17 czerwca odbyła się narada w  Naczelnym Dowództwie w  Kołobrzegu. O ile gen. Groener ostrzegał przed niedocenianiem gotowości wojsk podległych marsz. Fochowi do uderzenia na Niemcy, a  jednocześnie brakiem własnych możliwości przeciwstawienia się alianckiej ofensywie, to  nacjonaliści pruscy skupieni wokół płk. Reinhardta nawoływali do odrzucenia traktatu. Nastąpiła dymisja rządu. Zbuntowani żołnierze dokonali próby zajęcia siedziby rządu. Płk. Reinhardt zwołał do Weimaru naradę wojenną, licząc na poparcie jego stanowiska użycia siły. Zdecydowanym oponentem takiego rozwiązania był gen. Groener oraz dowódcy z zachodnio-południowych Niemiec, czyli ziem zagrożonych ofensywą aliancką. Przełomowym okazało się wystąpienie komisarza Rzeszy na Śląsk Otto Hörsinga, który zażądał od wojskowych całkowitego podporządkowania się rozkazom rządu. Stanowiło to ogromne zaskoczenie, bowiem był uważany za czołowego rzecznika Oststaatu. Narada nie zakończyła się decyzją w  sprawie rozpoczęcia samodzielnej ofensywy wojskowej na wschodzie. Powołany nowy gabinet z  premierem Gustavem Bauerem zadecydował o przyjęciu ultimatum Ententy.
     
     
          Pod koniec czerwca 1919  roku front przeciwniemiecki został oficjalnie rozwiązany, ale nadal na granicy z Niemcami znajdowały się znaczne siły polskie, funkcjonujące jako front zachodni. Dopiero 13 marca 1920  roku ukazał się rozkaz Sztabu Generalnego Naczelnego Dowództwa WP o reorganizacji frontu wschodniego i likwidacji frontu zachodniego.
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
    P. Łossowski - Między wojną a pokojem. Niemieckie zamysły wojenne na wschodzie w obliczu traktatu wersalskiego marzec–czerwiec 1919 roku
     
     
    L. Wyszczelski – Mińsk 1919
     
     
    N. Davies -  Orzeł biały, czerwona gwiazda. Wojna polsko-bolszewicka 1919–1920
     
     
    M. Wrzosek - Wojsko Polskie i operacje wojenne lat 1918–1921
     
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Niemcy nie chcieli pogodzić się z restrykcjami nałożonymi na nie przez zwycięską koalicję Ententy w traktacie wersalskim.
     
     
         Zanim nastąpiły decyzje mocarstw narzucające Niemcom traktat pokojowy, wcześniej wręczono im projekt takiego traktatu, zawierający także rozstrzygnięcia terytorialne. Berlin czynił wiele, by nie dopuścić do ich przyjęcia, łącznie z groźbą użycia siły zbrojnej.
     
     
         O  ile Niemcy pogodzili się z faktem, że nie są zdolni do stawiania oporu militarnego na froncie zachodnim, to wiele czynili, by wykazać, że może dojść do wojny na wschodzie, w  tym z  Polską – żeby bronić terytoriów, które mieli zwrócić na podstawie traktatu wersalskiego.
     
     
         W tej sytuacji zagrożenie Polski wojną z  Niemcami spotęgowało się w  pierwszej połowie 1919  roku, wraz z  oburzeniem, jakie w  Niemczech wywoływały informacje napływające z  Paryża o  zapisach przygotowywanego przez mocarstwa zachodnie traktatu pokojowego.
     
     
        Już wcześniej, po chwilowym szoku, jakim było zwycięskie dla Wielkopolan powstanie, Niemcy planowali zdławić je poprzez działania militarne. Przygotowano plan przeprowadzenia dwóch wielkich ofensyw wychodzących z północy i  południa z  zamiarem przecięcia Wielkopolski na dwie części i  okrążenia wojsk powstańczych. Dowodzenie tą operacją przejął gen.  Otton von Below.
     
     
         Skoncentrowane wojska niemieckie podzielone zostały na zgrupowanie północne i  południowe. Północne miało prowadzić natarcie z  rejonu Torunia i Bydgoszczy skierowane na Szubin i Żnin i w dalszej kolejności na Gniezno. Zgrupowanie południowe dowodzone przez gen. Kurta vom dem Bornego nacierać miało od strony Rawicza i Milicza na Krotoszyn i Jarocin. Obydwa zgrupowania według planów niemieckich miały doprowadzić do zamknięcia okrążenia powstańców w  rejonie Gniezna. Uderzenie pomocnicze Niemcy zamierzali prowadzić od zachodu z podstaw wyjściowych od Wschowy i Leszna na Kościan i Śrem oraz z Międzychodu na Chodzież, Budzyń i Rogoźno.
     
     
         Ostatecznie zamiast planowanego dwustronnego natarcia od południa i północy Niemcy poprzestali na próbach ataku na drugim kierunku, i  to tylko do czasu zatrzymania jego ofensywy. 16 lutego 1919  roku mocarstwa zachodnie podpisały z Niemcami w Trewirze nowy rozejm, wprowadzając do niego klauzulę zabraniającą im wszelkich działań ofensywnych przeciwko Polakom w  Wielkopolsce. Ogromną rolę w  narzuceniu Niemcom tych warunków odegrał dowódca wojsk sprzymierzonych marsz. Ferdynand Foch.
     
     
         Ustabilizowało to częściowo sytuację na granicy polsko-niemieckiej, ale nadal był to „gorący” teren, gdzie dochodziło do bardzo wielu niemieckich prowokacji, pojawiały się także ofiary w toczonych potyczkach i  starciach. Do szczególnie groźnych incydentów zaliczyć należy ostrzelanie ogniem artyleryjskim i  z  broni maszynowej 25 kwietnia 1919 roku miasteczka Wieruszów, w trakcie którego zginęło 13 cywilów, a 47 zostało ciężko rannych. Ponadto zabity został jeden żołnierz polski oraz kilku rannych.
     
     
         Niemcy nie stracili jednak nadziei na odzyskanie Wielkopolski nawet po wręczeniu im 7 maja 1919 roku projektu traktatu wersalskiego. Przygotowywali plany operacyjne zakładające opanowanie tej dzielnicy. Planowali zrealizować ten cel w ramach wojny z Polską przez jednoczesne uderzenie zgrupowań wyprowadzanych z  Prus Wschodnich, Pomorza Zachodniego i  Dolnego Śląska w  kierunku na Warszawę. Operacja miała nosić kryptonim „Wiosenne Słońce”.
     
     
         W celu zabezpieczenia się przed ewentualną ofensywą niemiecką na Wielkopolskę kierownictwo powstania 25 maja 1919  roku potajemnie przekazało Armię Wielkopolską pod dowództwo Wojska Polskiego. Naczelne Dowództwo WP oraz rząd i  sejm zdając sobie sprawę z  zagrożenia, jakie dla odradzającego się państwa polskiego stanowił rewizjonizm niemiecki, rozpatrywano oddanie Wojska Polskiego pod dowództwo marsz. Focha jako głównodowodzącego wojsk sprzymierzonych. Zainicjowała to uchwała sejmowa z 29 marca 1919  roku, a  23 kwietnia Rada Ministrów upoważniła kierownictwo Wojska Polskiego do podpisania układu o  przekazaniu dowództwa marsz. Fochowi. Formalna umowa między rządem polskim a rządami państw sprzymierzonych i stowarzyszonych zawarta została 14 czerwca 1919 roku.
     
     
         Z  pewnością ostudziło to wojownicze nastroje Berlina. Niemcy do podpisania  traktatu wersalskiego całkowicie nastawione były na możliwość prowadzenia działań militarnych na wschodzie, w  tym wypadku głównie z  Polską, ale także zachowanie swych wpływów w państwach bałtyckich.
     
     
         Na czele niemieckich sił zbrojnych stało Naczelne Dowództwo z  siedzibą w  Kołobrzegu kierowane przez feldmarszałka Paula von Hindenburga i  pierwszego kwatermistrza generalnego (odpowiednik szefa sztabu) gen. Wilhelma Groenera, które sprawowało zwierzchność nad dwoma dowództwami operacyjnymi (sztaby armii): Armeeoberkommando Nord w  Bartoszycach na czele z  gen. Ferdynandem von Quasim (szef sztabu gen. Hans von Seeckt, następnie płk Wilhelm Heye) i  Armeeoberkommando Süd we Wrocławiu kierowane przez gen. Kurta von dem Bornego (szef sztabu gen.Fritz von Lossberg). Wspierane były przez stacjonujące w  Berlinie Zentrale Grenzschutz Ost kierowane przez szefa sztabu mjr. Wilhelma von Willisena. Zadaniem tego ostatniego dowództwa było formowanie zmilitaryzowanych formacji ochotniczych, tzw. Freikorps. Te z  nich, które przeznaczone zostały do działań na wschodzie, posługiwały się nazwą Grenzschutz.
     
     
         Ważną rolę w  niemieckim systemie kierowania siłami zbrojnymi odgrywali też odpowiedzialny w  rządzie niemieckim za wojsko ówczesny minister wojny Gustav Noske oraz pruski minister wojny płk Walter Reinhardt.
     
     
         Siły niemieckie, które mogły być użyte do działań wojennych na wschodzie, wiosną 1919 roku zdecydowanie przewyższały polskie możliwości bojowe liczebnością i  uzbrojeniem, nawet bez uwzględnienia ich militarnego zaangażowania w  wojnie z  Ukraińcami oraz w  niewypowiedzianej wojnie z  bolszewicką Rosją.
     
     
         12 maja 1919 roku sprawie traktatu pokojowego poświęcone zostało uroczyste posiedzenie parlamentu niemieckiego, którego konkluzja była jednoznaczna: „Taki pokój nie może być przyjęty”. Dwa dni wcześniej doszło do tajnej narady z  udziałem premiera Philippa Scheidemanna, ministra wojny Noskego, gen. Groenera, płk  Heyego oraz przedstawicieli krajów związkowych, by wypracować stanowiska na wypadek odrzucenia warunków pokoju. Przeważały opinie o konieczności wojny z Polską przy wykorzystaniu współpracy z Rosją bolszewicką. Buntowały się  prowincje zagrożone uszczupleniami terytorialnymi. Coraz silniejsze były głosy postulujące utworzenie niemieckiego państwa wschodniego – Oststaat – uniezależnionego od rządu centralnego, zdolnego do prowadzenia samodzielnej wojny z  Polską o  zachowanie „niemieckich ziem”, które miały być utracone na rzecz Polski.
     
     
         W  armii niemieckiej panował duży ferment. O  ile gen. Groener zdawał się zachowywać realistycznie, o tyle pruski minister wojny płk Reinhardt prezentował nieustępliwe stanowisko w sprawie odrzucenia projektu traktatu wersalskiego. Intensywnie werbowano ochotników do wojska. Pracę wznowiły zakłady produkcji broni i  amunicji. Na wojsko w  czerwcu 1919  roku przeznaczono około 60% wydatków budżetowych państwa. Trwała akcja propagandowego przygotowania społeczeństwa do wojny. Na wschodnich granicach Niemiec planowano w  maju 1919  roku ześrodkować 240 tys. żołnierzy i  60 tys. uzbrojonych rezerwistów. Tylko w  pasie Bydgoszcz–Toruń–Brodnica na początku czerwca skoncentrowano 8–10 dywizji piechoty. Na Pomorzu utworzona została grupa operacyjna dowodzona przez gen. Otto von Belowa. Zapanowała psychoza wojenna.
     
     
          Według kierownictwa armii niemieckiej ich działania militarne prowadzone na wschodzie miały z jednej strony w  pewnym stopniu rekompensować niepowodzenia doznane na zachodzie, z  drugiej obronić niemiecki stan posiadania na ziemiach wchodzących w  skład cesarskich Niemiec przed rozpoczęciem I  wojny światowej. Te przekonania miały źródło w  nacjonalistycznie nastawionych elitach politycznych. Była to sytuacja szczególnie groźna dla Polski.
     
     
     
    CDN.
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0

    Ciałopozytywność jako koncepcja jest dla mnie bezpośrednio groźna. Lekarz nie może się obawiać powiedzieć: „panie Smoku, pan jesteś spasiony, musisz się odchudzić”. Tymczasem skutkiem ciałopozytywności jest sterroryzowanie lekarzy, obawiających się spasionych. Subiektywnie mogą mieć rację, bo odchudzanie wiąże się z cierpieniem: trzeba ćwiczyć na siłowni, albo chodzić, albo jeździć na rowerze. Przede wszystkim trzeba ograniczyć przyjmowanie do paszczy, w odpowiednich porach jeść. I dietę stosować. W tej sytuacji nieograniczone przyjmowanie do paszczy może dawać lepsze samopoczucie niż zmaganie się z sobą. Ludność Ziemi przebiła ostatnio 8 miliardów więc ludzi jest dużo, więc nie jest problemem śmiertelność ulanych. Żadna śmiertelność nie jest problemem, można wybić połowę, 4 miliardy i zostanie dość.

    Ciałopozytywność przy tym jest ruchem kobiecym. Kobiety nie biorą odpowiedzialności za to co robią, mężczyźni zaś albo idą na siłownię, albo akceptują cielsko. Dodatkowo wrodzona skłonność do atencji sprawia, że odrzucenie społeczne jest potwornym przeżyciem. Facet zaś może mieć na to wytrąbione. Przy czym nie opowiadajcie o chorobach, bo chorą może być co najwyżej jedna. Reszta jest chora na nieokiełznane pakowanie do paszczy.

    Piszę to w kontekście debaty o wokizmie, o której wspominałem [1]. Panie tam występujące: Katarzyna Szumlewicz i Kaya Szulczewska skarżą się na skancelowanie. Widać tu jak potrzebny jest podręcznik Historia i teraźniejszość. Gdyby się z nim zaznajomiły to wiedziałaby jak to działa. Dobrowolnie przyjęły opcję lewicową i powinny świadomie liczyć się z konsekwencjami: rewolucja weszła na następny etap i teraz prawa kobiety w ogóle są passe. Jeśli jesteś naiwny i wierzysz w przekaz poprzedniego etapu to cię wykończą, czyli skancelują. Przecież odtwarza się to, co było u nas. Dlatego wokizm jest naturalnym wyborem dla utożsamiających się z utrwalaczami: partyjniakami, ubekami, itp. komuchami. Ich środowisko w kolejnym pokoleniu z radością przejmie wokizm, bo jest to podbudowa ideowa i usprawiedliwienie ich postawy: zamiłowania do zamordyzmu, terroru i wszelakiego występku. Lewaki z podcastu Dwie Lewe Ręce opisują obecne ekscesy, zobaczycie że ich też skancelują.

    https://youtu.be/LGKRj_Qm75U

     

    Lewica działa w ten sposób i nie ma się tu co dziwić. Najbardziej klarownym zobrazowaniem jest tu wykańczanie kolejnych grup za Stalina. Wywoływanie głodu w owym czasie. Ale po 2 Wojnie u nas też się działo. Trzeba tu zbudować szeroki obraz analogii.

    W każdym bądź razie powinny zrozumieć, że same sobie są winne i same się zaorały popierając lewicę, która je zadusza, bo taki jest porządek rzeczy. A Zybertowicz z Ziemkiewiczem z atencją do nich. No nie ma ona sensu bo skancelowanie ich nie czyni działalności której prowadzą mniej szkodliwą.

    Przypisy:

    1- https://youtu.be/Jn7BNZWx6wg

     

    5
    5 (1)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Czerwiec. Koniec roku szkolnego. Nauczyciele prześcigają się w pomysłach co tu robić żeby nie robić i nie wystawiać ocen, które już są ustalone na koniec roku. Jest to złoty sezon na wycieczki. Pani pedagog zabrała klasę Łukaszka do Warszawy.
    - Co będziemy zwiedzać? - spytała dziewczynka, która zawsze odzywała się jako pierwsza.
    - Nic nie będziemy zwiedzać - burknęła pani pedagog.
    - Nic nie będziemy robić? - zdziwił się okularnik z trzeciej ławki.
    - Tego nie powiedziałam. Będziemy bardzo aktywni - i pani pedagog uśmiechnęła się szeroko.
    Po dojeździe do stolicy pani pedagog szybko sprawdziła w aplikacje jakie jeszcze demonstracje są w trakcie i postanowiła, że szybko dołączą do kończącej się właśnie manifestacji osób LGBT.
    - Ale ja bym najpierw musiał... - zadudnił Gruby Maciek i wyjaśnił, ze musi do toalety.
    Pani pedagog przesunęła ręką po twarzy i powiedziała, że powinny być jakieś tuż obok trasy demonstracji.
    I poszli.
    Rzeczywiście. Toalety były. Do żeńskiej była długa kolejka, do męskiej praktycznie nikt nie czekał. Ledwo ktoś opuścił ustronny przybytek Gruby Maciek zaraz wbił się do środka.
    Reszta klasy z nudów przyglądał się kolejce do żeńskiej ubikacji. Stały w niej osoby trzymające transparenty, można więc było przypuszczać, że przed chwilą brały udział w kończącym się właśnie marszu. Ku swojemu zdumieniu i rozbawieniu zauważyli, że do żeńskiej toalety czeka jakiś mężczyzna.
    - Jakiej jesteś dziś płci? - zapytał go Łukaszek.
    - Jestem transkobietą - odparł basem pan. - Widzisz chłopcze, dla ciebie czyjaś płeć to płytki żart, radosny rechot, chwila rozbawienia. Dla mnie to było wiele lat dochodzenia do własnej tożsamości. Wbrew rodzinie, środowisku, znajomym. Krok po kroku dochodziłem do tego, że moje ciało nie pasuje do tego kim się czuję. I nie, nie tak jak mówią twoi prawicowi idole siejący pogardę i śmiech do takich jak ja, ja nie zmieniam płci z dnia na dzień.
    I pan tak mówił jeszcze przez chwilę, a mówiąc przestępował przestępował z nogi na nogę i kiwał się rytmicznie.
    - Brawo! Piękne! - zaklaskała wzruszona pani pedagog i zwróciła się do Łukaszka:
    - I co Hiobowski, głupio ci teraz?
    Łukaszek nie zdążył nic odpowiedzieć, bo oto otworzyły się drzwi i wyszedł Gruby Maciek.
    - Już? Tak? - upewniała się pani pedagog i zakomenderowała:
    - Idziemy!
    - Przecież przed chwilą przyszliście i już idziecie? - zdumiał się przestępujący z nogi na nogę pan.
    - No już, bo do męskiej ubikacji nie ma kolejki - wyjaśniła pani pedagog.
    Pan poprzestępował jeszcze chwilę, oszacował wzrokiem kolejkę przed sobą, po czym machnął ręką, wyszedł z ogonka i ruszył w stronę drugich drzwi mówiąc do pani pedagog:
    - A niech tam, dzisiaj jednak jestem mężczyzną.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Mama Łukaszka wraz z mamą Wiktymiusza poszły na proaborcyjną demonstrację pod miejski szpital. Niestety, protestujących było mało, więc mama Łukaszka wpadła na pomysł by ściągnąć swoją rodzinę. Dzięki temu Hiobowscy byli na miejscu jednej z największych bójek ulicznych tego roku.
    - Właściwie po co nam tu twoje rodzina? - zaoponowała mama Wiktymiusza. - Przecież oni nie są z nami.
    - Ale jeśli będą stać odpowiednio blisko, przechodnie pomyślą, że są - mama Łukaszka uśmiechnęła się zwycięsko.
    Nadjechali Hiobowscy. Samochodem.
    Jedna z aktywistek klimatycznych, przerzucona z powodu braków kadrowych na odcinek aborcji, zaczęła krzyczeć, że dzieci giną.
    - To przestańcie je zabijać - odparł tata Łukaszka.
    Zagotowało się.
    - To nas zabijają! - krzyczała mama Wiktymiusza.
    - Panią to chyba pierwszy raz - zdumiał się uprzejmie Łukaszek.
    Zagotowało się jeszcze bardziej. Panie demonstrujące pod szpitalem argumentowały, że zabijanie dzieci ratuje im życie, pozwala wypić spokojnie kawę, a nawet odzyskać przestrzeń w mieszkaniu.
    - W ogóle w temacie aborcji powinny wypowiadać się osoby, które to dotyczy - zauważyła mama Łukaszka.
    - No to ci dwaj panowie, którzy stoją z wami powinni oddać transparenty i pójść do domu - rzekła siostra  Łukaszka, a babcia Łukaszka dodała pokazując jakąś starszą panią:
    - I kobiety w pewnym wieku też, bo nie sądzę, żeby pani dała radę jeszcze zajść w ciążę...
    - Ja owszem nie - odparła z godnością starsza pani. - Ale ja mam dzieci. Walczę o prawo mojej córki do wyboru.
    - Wyboru czego? - spytał wstrząśnięty dziadek Łukaszka.
    - Usunięcia płodu - powiedziała pani dobitnie.
    - Który mógłby być pani wnuczkiem!
    Kłótnia zaczęła się potęgować, aż wreszcie wkroczyła mama Wiktymiusza.
    - Decyzję o aborcji powinna podejmować ta osoba, która jej dotyczy.
    - Aborcja dotyczy dwóch osób - zaczęła siostra Łukaszka ale mama Wiktymiusza zasłoniła ją transparentem i kontynuowała:
    - Jedna osoba nie może drugiej osoby zakazywać aborcji. Jeżeli ktoś jest przeciw aborcji, to niech je po prostu nie robi! I tyle! To takie proste!
    Pozostali protestujący zaczęli bić brawo, a nawet jeden pan, który akurat przechodził pod szpitalem.
    - Widzę, że pan przyznaje mi rację - uśmiechnęła się mama Wiktymiusza.
    - Bo ją pani oczywiście ma - uśmiechnął się pan. - Trzeba po prostu patrzeć na siebie. Ja jestem przeciw aborcji. I po prostu jej nie robię. Tak jak pani powiedziała, to takie proste.
    - Mądrego aż miło posłuchać - mama Wiktymiusza uścisnęła jego dłoń. - Proszę wybaczyć, że spytam, ale kim pan jest? Dziennikarzem?
    - Nie - roześmiał się pan i pokazał szpital za nimi. - Jestem tu ginekologiem.
    To co się potem działo trudno opisać.
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Polskie czołgi uczestniczyły także w walkach o Dyneburg.
     
     
          Po wstrzymaniu działań zaczepnych Polaków nad Berezyną, do akcji przystąpiła grupa operacyjna gen. Śmigłego-Rydza, która zamierzała przeprowadzić błyskawiczne działania, by zdobyć Dyneburg.
     
     
         Podpułkownik Karaszewicz-Tokarzewski nakazał 6 ppLeg. przełamanie w nocy z 30 na 31 sierpnia linii frontu w  rejonie Możajkiszek, zajęcie stacji kolejowej Kałkuny, by rankiem szturmować mosty na Dźwinie: drogowy w  rejonie miejscowości Grzywa i  kolejowy na szlaku Wilno–Dyneburg.
     
     
         Bolszewicy wycofali się do Dyneburga, co ułatwiło Polakom podejście w  rejon stacji Kałkuny zajętej już przez Litwinów. Wobec tego Polacy pomaszerowali w  rejon mostów kolejowego i drogowego. Atak z  zaskoczenia nie udał się, a bolszewicy przeszli do kontrnatarcia. Nie licząc się ze stratami bolszewicy ponawiali ataki. Ponieśli duże straty, ale uniemożliwili Polakom sforsowanie Dźwiny i zdobycie Dyneburga.
     
     
         Ewentualne zdobycie Dyneburga stało się problemem politycznym. Do jego opanowania dążyli także Litwini i Łotysze.
     
     
         15  września Piłsudski przybył w  Wilnie, gdzie odbył rozmowy z  delegacją łotewską, zabiegającą o pomoc Polski wobec zagrożenia niemieckiego. Naczelny Wódz zapewnił Łotyszy, że w  przypadku zajęcia przez oddziały polskie Dyneburga miasto będzie uznawane za łotewskie. Ponadto zaproponował polsko-łotewskie działania militarne w  celu opanowania Łatgalii. Nie podjęto jednak wiążących ustaleń, co zahamowało polskie plany natarcie na Dyneburg.
     
     
         W obliczu dotychczasowych porażek dowódca Frontu Zachodniego Gittis nakazał podległym mu oddziałom przystąpienie do kontrofensywy celem pokonania Polaków. Tymczasem dla kierownictwa partii bolszewickiej to nie wydarzenia na froncie wojny z Polską były w  tym czasie najważniejsze. Największą groźbę stanowiła ofensywa Armii Ochotniczej gen. Denikina, która kierowała się bezpośrednio na Moskwę. Stąd zabiegali o  prowadzenie rokowań pokojowych z  Warszawą umożliwiających skoncentrowanie wysiłku militarnego na rozgromieniu wojsk gen. Denikina.
     
     
          Dążenia dowódcy Frontu Zachodniego do odzyskania utraconych terenów nie miały uzasadnienia w  potencjale bojowym, którym dysponowała w białoruskim sektorze frontu. Przewagę liczebną miała strona polska.
     
     
          W tej sytuacji 2. DPLeg.  rozpoczęła akcję, której celem było przekroczenie Berezyny, zdobycie Borysowa i  utworzenie po wschodniej stronie rzeki własnego przedmościa.  „Dnia 10 września 1919 roku o godzinie 5. kompania szturmowa pod osłoną karabinów maszynowych I  i  II batalionów [3. ppLeg. – Godziemba] przeprawia się szybko na łodziach i  uderza na miasto. Za kompanią szturmową przeprawia się częściowo na łodziach, częściowo po kładce zbudowanej przez kompanię techniczną, II batalion. Wypad tak dalece zaskoczył nieprzyjaciela, że żołnierze sowieccy nie mieli czasu na ubranie się i  w  bieliźnie wyskakiwali z  kwater, nie broniąc się zupełnie, a  II batalion zajął bez strzału w  myśl rozkazu północną część przyczółka mostowego”.
     
     
         Wkrótce potem do akcji przystąpiło zgrupowania płk. Bolesława Jaźwińskiego, którego celem  było okrążenie Połocka od północy i  zajęcie go. 19 września 1919 roku Polacy złamali opór bolszewików, którzy wycofali się na linię rzeki Uszacz. Decydujące natarcie na Połock rozpoczęło się rankiem 21 września. Po nieudanej próbie powstrzymanai Polaków bolszewicy rozpoczęli pospieszny odwrót na prawy brzeg Dźwiny. Wycofywano się przez mosty, na łódkach, tratwach i  wpław. Przeciwnikowi udało się wysadzić w  powietrze most kolejowy, a  drewniany most podpalić. Polakom nie udało się przechwycić mostów w  stanie nadającym się do ich wykorzystania, natomiast zajęli przedpole wokół Połocka.
     
     
         W tym czasie generał Śmigły-Rydz 21 września zameldował gen. Szeptyckiemu, że 1. DPLeg. jest gotowa do natarcia na Dyneburg. Piechotę w  natarciu wspierać miało 20 czołgów z 2. kompanii czołgów kpt. Dofoura. Zadaniem batalionu szturmowego nacierającego wraz z  10 czołgami było uchwycenie i przekroczenie mostu drewnianego na Dźwinie. Po opanowaniu przepraw wydzielone grupy piechoty wspierane przez czołgi miały czołowym natarciem przełamać pozycje przeciwnika i wedrzeć się do miasta. Następnym zadaniem było dotarcie do rzeki Liksianki oraz miejscowości Lotki i Tejwary nad Dźwiną, na linię starych umocnień z  pierwszej wojny światowej.
     
     
         Podpułkownik Karaszewicz-Tokarzewski, dowodzący natarciem 1. BPLeg. na Dyneburg, postanowił główne uderzenie w  kierunku Dźwiny prowadzić siłami dwóch batalionów piechoty i  wraz z  czołgami skierować je w  pas pomiędzy Grzywą a folwarkiem Malutki, w  którym znajdowały się dwie przeprawy.
     
     
         Na dwie godziny przed planowanym natarciem ppłk Karaszewicz-Tokarzewski został zmuszony do wydania rozkazu zabraniającego przekraczania północnego brzegu Dźwiny. Zostało to podyktowane ostrym sprzeciwem misji alianckiej, niegodzącej się nawet na czasowe zajmowanie Dyneburga przez Polaków.
     
     
         Polskie natarcie rozpoczęto 27 września o  godzinie 5.30 od intensywnego ostrzału artyleryjskiego pozycji przeciwnika. Do ataku ruszyła piechota wspierana przez czołgi. Pojawienie się czołgów sprawiło, iż bolszewicy w  popłochu opuścili zajmowane pozycje.  Po dotarciu do brzegu Dźwiny rozpoczęły się walki o  znajdujący się tam fort. Piechota nie otrzymała jednak wsparcia artylerii oraz czołgów.  Po stracie kilkudziesięciu żołnierzy Polacy zmuszeni zostali do przerwania natarcia.
     
     
         Podjęte następnego dnia natarcie zostało lepiej przygotowane, piechota zyskała wsparcie  czołgów, artylerii oraz pociągu pancernego „Śmiały”. O  godzinie 6.45 zdobyto fort osłaniający podejście do mostu kolejowego. O godzinie 21.00 wysadzono jedno przęsło mostu. Oznaczało to wykonanie postawionego zadania.
     
     
          6 października 1919 roku  Naczelne Dowództwo WP uznało, że na kierunku białoruskim strona polska zrealizowała założone cele operacyjne i  nakazało przejść do obrony. „Myślą przewodnią naszego marszu na wschód – napisano w rozkazie - było dotarcie do takiej linii, na której możemy bronić praw naszej Ojczyzny i  w  dogodnych warunkach gotowości do boju czekać na wytyczenie naszych przyszłych granic. Nie sięgamy po cudze, ale własnego do ostatniej kropli krwi bronić musimy. Linia, na której teraz stoimy, jest zasadniczą linią obronną na zimę. Jej lokalne przekroczenie będzie się odbywać z  taktycznych, bojowych powodów”.
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
     
    L. Wyszczelski – Mińsk 1919
     
     
    N. Davies -  Orzeł biały, czerwona gwiazda. Wojna polsko-bolszewicka 1919–1920
     
     
    M. Wrzosek - Wojsko Polskie i operacje wojenne lat 1918–1921
     
     
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Everyman  |  0

    Na fejsbukowym profilu nieco zramolałego leminga przeczytałem, że czerwcowy marsz był „upragnionym haustem świeżego powietrza”. Nie mam zwyczaju boksować się na ringu, który obsiadły rozhisteryzowane adoratorki autora tego równie „oryginalnego” co „odważnego” porównania oraz kilku stałych potakiwaczy, lecz trudno mi ukryć, że aż do dziś ręka mnie świerzbi by im napisać, że jeden haust nie wystarczy, gdy oddech nieświeży.

    Choć ilość podniesionych kciuków, superowych serduszek i roześmianych buziek  nieproporcjonalnie niska wobec entuzjazmu autora wpisu zachęca  by machnąć ręką i dać sobie spokój, to jednak nieodparcie nasuwa się pytanie:

    Czy oni naprawdę są ślepi?

    Jest wśród nich wielu takich, którzy czegoś mają dość, lecz nie wiedzą czego, są tacy, co chcą bronić konstytucji choć jej nie znają, znajdzie się sporo niosących transparenty z hasłami, których nie rozumieją, lecz przecież nie wszyscy. Część z nich to – we własnym mniemaniu – elita.

    Naprawdę elita? No, prawie ...

    „Prawie” robi różnicę. Właśnie tej szczelinie pomiędzy rzetelną oceną przedstawicieli tzw elit, a skwapliwie przypisywanym im atrybutom wielkości i – co za tym idzie – pochopnie uznanym autorytetom warto się przyjrzeć. Wielu z nich to artyści. Czy tylko mnie nadmierna skłonność do nazywania ich popisów sztuką irytuje i zachęca do pośpiesznego szukania na klawiaturze cudzysłowu? Nie sądzę. Cóż to za artystka, która w pieśniach kościelnych widzi tylko grafomanię, a sama, w kaloszach, podskakuje na scenie i bawi gawiedź w skeczu o spadającym tupolewie?

    Zbyt często słychać czołobitne: to wielki aktor, czy genialna aktorka. Hola, hola! - dla kogo wielki to wielki, lecz niekoniecznie genialny dla wszystkich. Dla mnie, na przykład, taki dysonans pojawił się po ostatnich występach pana Seweryna. Owszem, parę ról zagrał poprawnie, kilka nawet dobrze, lecz, sorry, do geniuszu jeszcze mu daleko.

    Wybitnym aktorem raczej się bywa niż jest, jak zresztą w wielu innych zawodach ...

    Jeśli nawet aktorstwo uznamy za sztukę, to niewątpliwie jest sztuką ulotną. Wystarczy pół pokolenia by idol zmienił się w klauna, a kultowa scena w groteskę. Uwielbiany przez widzów aktor grający Michała Wołodyjowskiego z perspektywy wznawianych w TV powtórek przypomina raczej księgowego z przyklejonym wąsem wymachującego szabelką, a kultowa scena z „Noża w wodzie” zamiast zmagań samców alfa na pokładzie żaglówki kojarzy się z grą w „pikuty” zdziecinniałych facetów w śmiesznych kąpielówkach.

    Oprócz aktorów w kolejce do elitarności przebierają nóżkami celebryci i dziennikarze. Ci pierwsi, wiadomo, żyją z tego by choć przez chwilę i w dowolny sposób zaistnieć w tzw przestrzeni publicznej. Bez znaczenia, mądrze czy głupio, aby głośno i dobitnie, aby o polityce. A nuż, jakaś rólka, może serialik, który oprócz kasy napędzi tantiemy. A jakże inaczej? Wiecie ile trzeba zapłacić za autopromocję? Kiedyś 30-to sekundowy spot w telewizji kosztował 30 tys. A dziś – szkoda gadać!

    Tanio się nie da, więc trzeba sposobem ...

    Dziennikarze – podobnie. By wejść do elity trzeba mieć nazwisko. By je zdobyć trzeba płynąć mainstreamem, choć koryto węższe, nurt główny przyspieszył i mocno się lewicowo-liberalnie zabetonował. Toteż płynąć trudniej, bo łatwo o kolizję. Jaką? Kolizję z zawodową rzetelnością, z prawdą, ze zdrowym rozsądkiem. Czasem aspirujące do elity grupy aż muszą się wspierać. Pewien dziennikarz z Onetu wyprodukował kiedyś news o Kindze Rusin, że dała się namówić partnerowi, by wystąpić w bikini i uderzyć w PiS. O matko! Strach pomyśleć, co by było bez bikini. Z PiS-u pewnie pozostałyby strzępy …

    Ten pobieżny przegląd elit nie może zignorować także tych, którzy mają przecież prawo by przedstawiać własne, bezinteresownie wyrażane poglądy bez hipokryzji czy cwaniactwa.

    Pewnie, że mają takie prawo. Jak każdy.
    Jednak nie każdy ma ochotę aspirować do takiej elity.

     

    5
    5 (3)
  •  |  Written by sprzeciw21  |  0
    W czerwcu w Małopolsce odbędzie się międzynarodowa impreza sportowa - Trzecie Igrzyska Europejskie 2023, odbędą się w dniach 21 czerwca – 2 lipca 2023 r. Gospodarzami Igrzysk są Małopolska oraz Miasto Kraków. Zawody sportowe odbędą się w następujących miastach Małopolski: Krakowie, Tarnowie, Krynicy-Zdroju, Zakopanem, Nowym Targu, Nowym Sączu, Oświęcimiu, Myślenicach Krzeszowicach, Bielsku-Białej, Chorzowie, Wrocławiu i Rzeszowie. Zawody odbywające się w ramach Igrzysk Europejskich organizowane będą w randze mistrzostw Europy jak również stanowią kwalifikacje olimpijskie w wybranych sportach do Igrzysk Olimpijskich w Paryżu w 2024 roku. Podczas imprezy wystąpi ok. 7000 zawodników z 48 krajów. Powołano w tej sprawie spółkę "Igrzyska Europejskie 2023", której udziałowcami są po połowie województwo Małopolskie i gmina miejska Kraków. Można by sądzić, że przy organizowaniu międzynarodowej imprezie, spółka i państwowe władze zadbają o każdy szczegół (może nie techniczny, bo wypadki mogą się zdarzyć), ale prawny, komercyjny itp. Okazuje się jednak, że znak towarowy "Igrzyska Europejskie 2023" nie jest zastrzeżony, czyli każdy może swobodnie go używać do swoich potrzeb. Jak do tego doszło?

    Otóż kierownictwu Spółki "Igrzyska Europejskie 2023" nie przyszło na myśl, by zastrzec znak. Z faktu tego próbowało skorzystać Stowarzyszenie "Polskie Euro 2012", które wystąpiło 18 października 2022 roku do Urzędu Patentowego z wnioskiem o zastrzeżenie znaku słownego "Igrzyska Europejskie 2023" i opłaciło wniosek. Urząd Patentowy był politycznie czujny i odmówił wstępnie rejestracji znaku.

    Stowarzyszenie się nie poddało, nie zgodziło się z odmową wstępną i przedstawiło stanowisko, w którym obalono argumentację urzędu. Zdolność odróżniająca znaku towarowego przejawia się przede wszystkim w tym, że pozwala na jego identyfikację. Zgodnie z Wyrokiem Naczelnego Sądu Administracyjnego z dnia 20 kwietnia 2017 r. II GSK 2313/15 „Aby uznać, iż znak towarowy posiada zdolność odróżniającą, niezależnie od tego, czy taką zdolność odróżniającą posiada od początku (pierwotna zdolność odróżniająca) czy też nabył ją dopiero na skutek jego używania (wtórna zdolność odróżniająca), znak musi wykazać się przynależnymi tylko jemu, szczególnymi cechami, które pozwolą nabywcom odróżnić towar nim oznaczony, jako pochodzący z określonego źródła, od innych towarów tego samego rodzaju mających inne pochodzenie.”

    W kontekście powyższego orzeczenia należy stwierdzić, że znak IGRZYSKA EUROPEJSKIE 2023 w sposób jednoznaczny wskazuje na igrzyska, które odbędą się w Europie w 2023 roku, a więc nie jakiekolwiek igrzyska w dowolnym okresie czasowym, czy w dowolnym miejscu na świecie. Znak ten wprost wskazuje na konkretne wydarzenie zidentyfikowane co do charakteru, czasu i miejsca. Nie można się zgodzić ze stwierdzeniem, że byłaby to monopolizacja oznaczeń pełniących na rynku jedynie funkcję informacyjną. Stwierdzenie to znalazłoby zastosowanie jedynie w sytuacji, gdyby wniosek o prawo ochronne dotyczył samego zwrotu igrzyska, albowiem jest to nieskonkretyzowana nazwa imprezy sportowej. Zgodnie z Kondrat Mariusz (red.), Prawo własności przemysłowej. Komentarz „Należy zaznaczyć, że znak powinien być oceniany całościowo, tzn. jeśli składa się z kilku elementów, które osobno mogą nie mieć zdolności odróżniającej, to jednak elementy te mogą tworzyć nietypową kompozycję, przez co oznaczenie staje się dystynktywne.” Każde z elementów znaku IGRZYSKA EUROPEJSKIE 2023 samodzielnie nie posiada zdolności odróżniającej natomiast zestawiając wszystkie elementy tego znaku łącznie, to stanowią one kompozycję, która wyraźnie wskazuje rodzaj, miejsce i czas wydarzenia sportowego - czytamy w stanowisku Stowarzyszenia.

    Stowarzyszenie wskazało także na liczne przykłady w którym słowa czy też kombinacja słów podlegająca udzieleniu prawa ochronnego, były w powszechnym użyciu, nie towarzyszył im znak graficzny, a mimo to nie stanowiło to przeszkody dla udzielenia prawa ochronnego w przypadku zgłoszenia. Przykładowo "studia europejskie" Uniwersytetowi Warszawskiemu (12.12.2002), "piekarnia" spółce "Chleb i Igrzyska", "Euro 2012" - UEFA, "gry planszowe" - firmie Bucher and Harrisson, "Dorotka" - SWEDE, "Bazar Smaków" - Dobry Hotel Mięczkowski sp. kom., "Filharmonia Smaków" - R2 Center, "Spiżarnia Smaków" - Grupie Piotr i Paweł, "Patron Polskiej Piłki" - Andrzejowi Gowarzewskiemu.

    A zatem nie było podstaw do odmowy.

    Urząd Patentowy zwlekał z wydaniem jakiekolwiek decyzji, by doprowadzić do sytuacji w której jakiekolwiek próba zaskarżenia decyzji przez Stowarzyszenie okazało się bezskuteczne. Po ponagleniu przez Stowarzyszenie o wydanie decyzji, 10 marca wydano decyzję odmowną. W decyzji dalej upierano się, że nie można zarejestrować znaku będącą kombinacją słów powszechnych, a na wskazane przykłady przez Stowarzyszenie wskazano, że Wskazane przez Zgłaszającego przykłady udzielenia ochrony znakom towarowym, nie mogą mieć wpływu na rozstrzygnięcie w przedmiotowej sprawie. Urząd Patentowy RP stoi na stanowisku, iż każda sprawa zgłoszenia znaku towarowego jest rozpatrywana indywidualnie, mając na względzie warunki obrotu handlowego istniejące w dniu zgłoszenia znaku towarowego, relewantny krąg odbiorców, a także dodatkowe okoliczności tj. dowody na wtórną zdolność odróżniającą znaku, i w odniesieniu do konkretnego zgłoszonego oznaczenia, w ramach spełnienia przesłanek zawartych w normach ustawy Prawo własności przemysłowej. Innymi słowy decydowało "widzi mi się" Urzędu.

    Wystąpienie przez Stowarzyszenie dopiero uzmysłowiło, że zaniedbano kwestię znaku ochronnego Igrzysk. Nie można było już zgłosić znaku "Igrzyska Europejskie 2023", bo toczyło się postępowanie, a zatem 10 stycznia spółka "Igrzyska Europejskie 2023" o dziwo obudziła się i zgłosiła do UPRP dwa znaki słowno-graficzne KRAKÓW MAŁOPOLSKA EG 2023 3rd EUROPEAN GAMES i w krótkim czasie bo już 31 stycznia opublikowano zgłoszenie w Biuletynie Urzędu i rozpoczęcie okresu sprzeciwowego, który upłynął 1 maja br.

    towarzyszenie Polskie Euro 2012 nie złożyło odwołania od decyzji, ani zaskarżenia do sądu od decyzji UPRP. Nie miało by to już żadnego sensu, zanim by nastąpiło rozstrzygnięcie, nawet w przypadku pozytywnym, nie pozwoliłoby to na komercjalizację znaku "Igrzyska Europejskie 2023", a udowodnienie utraconych korzyści byłoby w sądzie niezmiernie trudne. Jednakże powyższa sytuacja oznacza, że każdy przedsiębiorca lub osoba prawna (poniżej znak w wydaniu Związku Zawodowego Rolnictwa "KORONA") może korzystać ze znaku "Igrzyska Europejskie 2023", a spółka o tej samej nazwie nie będzie miała z tego żadnych profitów.




    Oczywiście gdyby udzielono znaku Stowarzyszeniu, można byłoby się porozumieć i poprzez cesję praw - zagwarantować prawną ochronę znaku "Igrzyska Europejskie 2023". A tak nie zarobiło ani Stowarzyszenie, ani nie zarobi spółka "Igrzyska Europejskie 2023".
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Polskie czołgi odegrały dużą rolę w zdobyciu Bobrujska.
     
     
          Bolszewicy po utracie Mińska rozpoczęli odwrót na wschód, wycofując się za Berezynę w  kierunku Borysowa, Bobrujska i  Szacka. Część oddziałów polskich przystąpiła do pościgu dochodząc w połowie sierpnia do Berezyny.
     
     
         W tej sytuacji bolszewicki dowódca Frontu Zachodniego Władimir Michajłowicz Gittis szczególną wagę przywiązywał do obrony Borysowa oraz Bobrujska.
     
     
          20 sierpnia  wojska Frontu Litewsko-Białoruskiego obsadziły linię Berezyny od ujścia rzeki Usza po Świsłocz. Trzy dni później 1. DS Wielkopolskich, po zdobyciu  Szarkowszczyzny, skierowała się przez Ihumeń na Bobrujsk. Zadanie marszu na Bobrujsk otrzymała też DL-B.
     
     
         Generał Dubiski do natarcia na Bobrujsk zamierzał użyć 58. pp.  Po raz pierwszy w  czasie tej wojny zapadła decyzja użycia w  walce czołgów. Z  Łodzi transportem kolejowym przerzucono 2.  kompanię czołgów 1.  pułku czołgów, dowodzoną przez Francuza, kpt. Dofoura. W  rejon działań dotarła 28 sierpnia i  została przydzielona do wojsk wielkopolskich, by wziąć udział w natarciu na Bobrujsk. Składała się z trzech plutonów po pięć czołgów, pięciu czołgów zapasowych i  plutonu technicznego. Były to czołgi „Renault-FT 17”, wolnobieżne, przystosowane do działań prowadzonych według zasad z  I  wojny światowej z frontu zachodniego.
     
     
         Plan działania 58. pp na Bobrujsk zakładał prowadzenie równoległego natarcia trzema kolumnami: lewa kolumna posuwać się miała po lewej stronie toru kolejowego Osipowicze–Bobrujsk, pozostałe dwie komuny po jego prawej stronie. Miały one jednocześnie uderzyć na Bobrujsk. Czołgi przydzielone zostały do kolumny środkowej (dwie kompanie piechoty, kompania cekaemów i  pół baterii artylerii polowej). Strona polska przewidywała, że Bobrujska bronią tylko słabe siły przeciwnika.
     
     
          Natarcie rozpocząć się miało 28 sierpnia o godzinie 4.30. Początek był pomyślny dla Polaków. Wprowadzenie do walki czołgów zmusiło bolszewików do odwrotu. Udało się przerzucić przez rzekę Wołoczankę dziewięć czołgów, które posuwały się w  odległości kilometra za piechotą. Gdy pod miejscowością Semków piechota została zatrzymana przez silny ostrzał zadecydowano o  ponownym wprowadzeniu do walki czołgów. Natarcie 2. plutonu czołgów doprowadziło do zajęcia nieprzyjacielskich linii obronnych. Sowieci nie potrafili walczyć z czołgami: na ich widok natychmiast uciekali w popłochu.
     
     
          O godzinie 10.30 kompania czołgów zmuszona została do zatrzymania się, by uzupełnić zaopatrzenie i  doprowadzić wozy bojowe do sprawności. W dalszym natarciu na miasto uczestniczyły poddziały 58 pp. Kolumna prawa po walkach pod Horbacewiczami, Pobokowiczami, Bałczynem dotarła o  godzinie 11.00 do przedmieść Bobrujska, gdzie zmuszona została do chwilowego zatrzymania się na skrzyżowaniu szosy z  torem kolejowym wskutek ostrzału prowadzonego przez pociąg pancerny. W  tym czasie do przedmieść miasta dotarły pozostałe dwie kolumny 58. pp. Przybyła także polska artyleria, która zmusiła bolszewicki pociąg pancerny do wycofania się z  walki. Piechota ruszyła do zajmowania miasta i  twierdzy, nie napotykając na większy opór przeciwnika. Kolumna środkowa, do której koło południa dołączyły czołgi, o godzinie 13.30 zajęła dworzec kolejowy. Kolumna lewa, maszerująca wzdłuż toru kolejowego znalazła się w  Bobrujsku dziesięć minut później.
     
     
          28 sierpnia około godziny 14.00 miasto i twierdza Bobrujsk znalazły się w rękach Polaków. Duże znaczenie dla tak szybkiego zdobycia miasta miało  użycie w  walce czołgów. Polakom nie udało się jednak zawładnąć mostami na Berezynie, które zostały zniszczone przez wycofujących się bolszewików. Piechota zmuszona została do przeprawy przez rzekę na promach i łódkach.
     
     
        Podczas walk na przedpolach Bobrujska 28 sierpnia poległ dowódca 1. Dywizji Strzelców Wielkopolskich gen. ppor. Filip Dubiski. Dowodzenie dywizją przejął gen. Konarzewski.
     
     
        W nocy z 1 na 2 września wypad oddziałów wielkopolskich na wschodni brzeg Berezyny pod Bobrujskiem zakończył się wzięciem do niewoli 500 jeńców i  zdobyciem pięciu dział z  amunicją i  pięciu karabinów maszynowych.
     
     
        Działania ubezpieczające od południa podczas walki o miasto prowadziła DL-B. Jej lewoskrzydłowe oddziały już 13 sierpnia rozpoczęły marsz w  stronę Urzecza, zajmując to miasteczko. Dalszy marsz prowadził w  stronę Wierzchucina w  celu zajęcia linii rzeki Oressy. 2. batalion pułku wileńskiego stoczył 15 sierpnia krwawą walkę o  Wierzchucin, w czasie której 5. kompania por. Władysława Orzechowskiego w  brawurowym ataku zajęła stację kolejową, co przesądziło o  powodzeniu ataku. Polacy zajęli linię rzeki Oressa.
     
     
         Po zajęciu przez Polaków Bobrujska zadaniem DL-B było ubezpieczanie prawego skrzydła 1. Dywizji Strzelców Wielkopolskich wzdłuż Berezyny i Ptyczy oraz utrzymywanie styczności z  9. DP, operującą wzdłuż dolnego biegu Ptyczy.
     
     
        Wykonanie przez Front Litewsko-Białoruski podstawowych zadań ofensywnych nakazanych przez Naczelne Dowództwo WP nie oznaczało zaniechania  działań zaczepnych. Naczelne Dowództwo WP skierowało na Front Litewsko-Białoruski kolejne posiłki.
     
     
        O  tym, że nie podjęto dalszej ofensywy na wschód, decydowały względy polityczne związane z prowadzeniem poufnych negocjacji z bolszewikami w Miklaszewicach. 1 września 1919 roku Piłsudski nakazał Szeptyckiemu: „1/ Definitywna linia obronna, jaka należy zająć przeciw bolszewikom, jest: linia Dźwiny po Ułłę, Ułła po Lepel, stąd kanałem berezyńskim po Berezynę, wzdłuż Berezyny do Bobrujska, stąd tymczasowo dotychczasowa linia. Dalej na wschód bezwarunkowo nie należy się wysuwać”.
     
     
         Jednocześnie wskazywał, iż w przypadku gdyby mosty na Dźwinie pod Dyneburgiem nie zostały zniszczone, należy przekroczyć rzekę i  zająć twierdzę Dyneburg, traktowaną jako przedmoście umożliwiające w  przyszłości działania po zachodniej stronie Dźwiny. Natomiast w  wypadku zniszczenia tych mostów nakazywano nie forsować Dźwiny.
     
     
         Piłsudski nie wykluczał także, że na południe od Bobrujska na Polesiu zajdzie potrzeba opanowania węzłów kolejowo-drogowych Mozyrz i  Kalenkowicze. Generał Szeptycki miał opracować plan takiej operacji i  przesłać go do Naczelnego Dowództwa WP.
     
     
         Rozkaz z 1 września oznaczał przejście Frontu Litewsko-Białoruskiego do działań obronnych na wyznaczonej linii. Piłsudski godził się warunkowo na operację w  kierunku Dyneburga i sugerował w bliżej nieokreślonym czasie operację zaczepną na Polesiu w rejonie Mozyrza.
     
     
        1 września 1919 roku ukazał się rozkaz gen. Szeptyckiego dokonujący podziału wojsk Frontu Litewsko-Białoruskiego na dwie grupy operacyjne, dowodzone przez generałów Śmigłego-Rydza i Lucjana Żeligowskiego. W skład grupy operacyjnej gen. Śmigłego-Rydza weszła 1. i 3. DPLeg., 1. BJ, grupa płk. Bolesława Freya, dwa dywizjony artylerii ciężkiej, kompania czołgów i  trzy pociągi pancerne. Z  wojsk tych grupa płk. Freya przeznaczona została do obsadzenia opuszczanej przez Litwinów części Suwalszczyzny. Grupa operacyjna gen. Lucjana Żeligowskiego składać się miała z: 2. DPLeg., dowodzonej przez płk. Henryka Odrowąża-Minkiewicza, 10. DP (dowódca gen. Bronisław Teofil Babiański) i 1. DS Wielkopolskich (dowodzona przez gen. Konarzewskiego) oraz DL-B gen.  Adama Mokrzeckiego. 9. DP wraz z  2. BJ, nazywane też Grupą Poleską płk. Sikorskiego, otrzymały zadanie obrony Polesia i były podporządkowane bezpośrednio dowódcy frontu.
     
     
     
    CDN.
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0

    Mam konkretny przykład. Otóż przed oczy me trafiła recenzja Małej Syrenki autorstwa Adriany Prodeus [1]. Formułuje ona w niej następujące kryteria oceny filmów:

    Dobry film ma kreować „girls power”, ma oddawać pole czarnej kulturze. Na kształt filmu mają mieć wpływ kobiety i czarne osoby. Historia wyzysku ma być i pokazanie smutnej rzeczywistości a nie pięknej różnorodności, która jest opowiadaniem. Tj multikulti jest, Nowy York taki, gdzie różni ludzie se żyją harmonijnie i to jest niesłuszne. Jakoś inaczej ma być, o czym jeszcze napiszę. 

    II

    Użyłem kiedyś takiej głębokiej metafory: wyobraźcie sobie że ktoś ma takie kryterium oceny filmów, że dobry film to taki którego akcja toczy się w Kłobucku. A jak nie ma o Kłobucku w filmie to jest on słaby. Może taka osoba tworzyć recenzje, ale dla innych będą one bezwartościowe bo mamy normalne kryteria oceny: akcja, gra aktorów, dźwięk, obraz, praca kamery, takie tam. I podobnie jest tutaj: o aspektach filmowych nie dowiemy się niczego. No prawie niczego, bo o piosenkach jest, że ładne.

    W każdym razie istota rzeczy jest taka, że tak naprawdę to publiczność nie tyle jest przeciw, co ma gdzieś te jej kryteria. Fajny film ludzie chcą oglądać, a kryteria nie zmieniły się na przestrzeni lat zbytnio. Trochę sztuka filmowa wyewoluowała ale nie aż tak bardzo. Istota recenzująca Adriana reprezentuje poziom socrealu i krytyków oceniających w owych czasach kulturę z pozycji marksistowskich. Czyli za Stalina, Bieruta, Gomułki. Jest pełna analogia i nam, mającym takie doświadczenia powinno być łatwo rozczytać podbudowę ideową podobnej twórczości felietonistycznej z jej dogmatami, jak walka z patriarchalizmem, którego elementem jest kapitalizm. Białe heteroseksualne mężczyzny jako kolejne wcielenie kułactwa i innych sił reakcji. Skończyć musi się też podobnie: exterminacją publiki lekceważącej zdobycze kolejnego etapu rewolucji.

    III

    Dlaczego Disnej przerabia stare animacje? Owszem, nie traci na nowych adaptacjach aktorskich. Chyba. Ale chodzi o zeszmacenie ich, podobnie jak poszło z Gwiezdnymi Wojnami, Władcą Pierścieni, Willowem, etc. "Zło nie jest w stanie stworzyć niczego nowego, może jedynie zniekształcać i niszczyć to, co zostało wymyślone lub stworzone siłami dobra."

    image

    Tymczasem nie dowiemy się o kulturowym źródle inkryminowanej baśni o syrence. Że do obiegu wprowadził tą opowieść w wersji tragicznej Hans Christian Andersen. Duńczyk. Że należy ona do sfery kulturalnej jakiej? Że mamy tu zawłaszczenie kulturowe.

    Istota recenzująca Adriana stara się tu bowiem podnieść swą pozycję społeczną [4] poprzez aspirowanie do społeczeństwa anglosaskiego, że jak niby się poczuwa do odpowiedzialności za wywożenie niewolników do Ameryki to staje się jedną z wywożących. Przynależy do tej grupy. No nie. Dla nich dalej jest istotą pośrednią.

    Te chore aspiracje sprawiają, że nie podnosi ona (Adriana) naszych dramatów, nieszczęść, wyzysku. Kopiuje ona bezmyślnie anglosaski dyskurs (zawłaszcza!!!) bo tam chce przynależeć. Tymczasem my nie jesteśmy społeczeństwem postprotestanckim, postpurytańskim i ogólnie porąbanym. Dlatego jesteśmy dyskryminowani i jak komuś dziadka zabili komuniści, albo w kazamacie ubeckiej zginął to wzrusza ramionami na tamte problemy. Podobnie Lajkonik to kto jest? To jest Tatar który został po napadzie i zamieszkał u nas i się zaaklimatyzował.

    IV

    Jak widać rewolucja weszła na kolejny etap [2], tymczasem Disnej se myślał że tu pozmienia kolory, ty wstawi toksyczną żeńskość i będzie doił kasiorę. Obecnie wciska ciemnotę akcjonariuszom, że to dla pieniędzy robi. Ale dzieła z następnego etapu zrobiłyby klapę nieuchronną i nie dało by się już kitu wciskać. Adriana i jej towarzysze seansowi frekwencji nie zrobią. Była ostatnio spora dyskusja na ten temat, gdzie ten i ów twierdził, że dla pieniędzy wytwórnie idą w wokizm, ale przecież to co chwilę robi klapę. 

    Dlaczego takie podejście musi wytwarzać kiszkowe filmy? Dlaczego nie można zrobić filmu o Zulusie Czace?

    Przypisy:

    1 - https://www.vogue.pl/a/demontaz-atrakcji-mala-syrenka [3]

    2 - Towarzysz Lenin objawił prawdę taką, że rewolucja składa się z etapów. Każdy etap ma swoje prawdy, cele, środki, metody. Po przejściu do następnego etapu prawda poprzedniego staje się kłamstwem itd.

    3 – zwrócił uwagę mą na to coś Drwal Rebajło 

    https://youtu.be/SHrvo1ePfHo

    Na prawdę się to czyta jak jakiś socreal. 

    4 - Zwróćcie jednak uwagę że za Stalina komuniści oskarżali fałszywie sami siebie. W sensie indywidualnym - pojedynczy komunista siebie personalnie. Wiedzieli, że fąłszywie, ale dobro rewolucji tego wg. nich wymagało więc pitolili farmazony.

    5
    5 (2)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Zdobycie przez Polaków Mińska miało wymiar nie tylko militarny, lecz także polityczny.
     
     
         Natarcie 2. DPLeg. na Mińsk rozpoczęło się 8 sierpnia o godzinie 5.00. Po krótkiej walce  Polacy opanowali pierwsze linie obronne bolszewików osłaniające podejścia do Mińska.
     
     
         Zadanie bezpośredniego opanowania Mińska otrzymał batalion szturmowy por. Stawarza, złożony z kompanii szturmowych wszystkich trzech pułków piechoty tej dywizji. Każda kompania szturmowa złożona była z ośmiu lub więcej patroli szturmowych, dysponujących obok etatowej broni strzeleckiej czterema cekaemami na lekkich podstawach i czterema granatnikami. Patrol szturmowy stanowił dowódca i ośmiu strzelców.
     
     
          W momencie ataku batalionu składał się z ośmiu oficerów i 320 szeregowych, uzbrojonych, poza  bronią indywidualną,  w  11 cekaemów i 10 granatników. Żołnierzom wydano dodatkowo po 15 granatów ręcznych.
     
     
         Dowódca batalionu szturmowego korzystając z pomocy Józefa Szunejki, członka POW z Mińska, który specjalnie przedarł się przez pozycje rosyjskie, by pełnić funkcję przewodnika po mieście.
     
     
        Porucznik Stawarz uznał za celowe  jak najszybsze wdarcie się do miasta, przeszkodzenie wojskom bolszewickim w  ewakuacji, a także doprowadzenie do zdezorganizowania ich straży tylnej. W tym celu nakazał  kompaniom szturmowym szybkie osiągnięcia skraju miasta, czego dokonać miały kompanie z 2. i 4. ppLeg. nacierające w pierwszym rzucie, natomiast w odległości 200–300 metrów za nimi posuwać się miała kompania z 3. ppLeg.
     
     
         Po wykonaniu pierwszego zadania wszystkie trzy kompanie miały się zbliżyć do centrum Mińska, posuwając się w mieście trzema równoległymi kolumnami kompanijnymi: kompania 4. ppLeg. –  miała nacierać ul. Aleksandrowska w kierunku stacji kolejowej z zadaniem zajęcia jej, kompania 2. ppLeg. początkowo posuwać się miała za wcześniej wymienioną ul. Aleksandrowską, po czym wejść w ul. Gubernatorską i kierować się do traktu wyprowadzającego z miasta na Bobrujsk oraz przeciąć tor kolejowy Mińsk–Borysów, kompania 3. ppLeg. miała opanować wschodni skraj miasta i zająć tor kolejowy Mińsk–Borysów.
     
     
         Powyższa taktyka doprowadziła  szybko do tego, że bolszewicy wycofali się z pozycji zajmowanych na wzgórzach okalających miasto i już o godzinie 9.00 pierwsze patrole batalionu szturmowego zaczęły zbliżać się do przedmieść Mińska. Co prawda bolszewicy usiłowali w kilku miejscach stawiać opór, ale był on szybko likwidowany. Widać było wysoki poziom wyszkolenia bojowego i taktycznego tego pododdziału.
     
     
        O godzinie 10.45 batalion szturmowy 2. DPLeg. wkroczył w  zwartą zabudowę na przedmieściach Mińska, przystępując do walk ulicznych prowadzonych według wcześniej opracowanego planu. Kompanie posuwały się rzędami po obydwu stronach ul. Aleksandrowskiej, a żołnierze starali się być jak najbliżej ścian domów, by chronić się od ognia przeciwnika. Pilnie obserwowano domy i okna, z których prowadzony był sporadyczny ostrzał.
     
     
        Podczas posuwania się ul. Aleksandrowską nieprzyjaciel stawiał zacięty opór, wprowadzając w bój kolejne samochody pancerne. Polacy zaatakowali je granatami, niszcząc lub zmuszając do wycofania się.   
     
     
         Kompania szturmowa 3. ppLeg. po dotarciu do torów kolejowych zauważyła przejeżdżający długi skład pociągu osobowego. Wobec braku patroli minerskich por. Stawarz nakazał żołnierzom „stanąć bardzo blisko wzdłuż toru i wrzucać przez okna granaty do wagonów z tem, że każdy granat musi wpaść do środka, w przeciwnym razie odbije się i wybuchnie wśród nas. Pociąg jedzie, przesuwają się szybko okna przedziałów i wagony; do każdego okna wpada jeden, dwa granaty. W przedziałach widać wielkie ilości bagażu na półkach i siedzeniach, pasażerowie pokryli się poza pakunkami. Pociąg miał 2 lokomotywy i jeden wagon pancerny, z którego nie padł ani jeden strzał. Pociąg poszedł dalej. Pociąg odjechał w kierunku Borysowa”.
     
     
        Jak się okazało pociągiem tym ewakuowało się dowództwo 17. DS, komenda miasta i miejscowi czekiści.
     
     
         W tym samym czasie  kompania szturmowa 4. ppLeg. dotarła do stacji kolejowej na trasie Mińsk–Borysów, z zaskoczenia zdobywając przygotowany do wyjazdu pociąg osobowy. Niemal bez walki wzięto do niewoli kilkudziesięciu jeńców.
     
     
         Polacy doszli o  godzinie 12.00 do zachodniej jego części, obsadzając tor kolejowy prowadzący do Bobrujska. Kolejnym celem było opanowanie Dworca Wileńskiego, do którego dotarła kompania szturmowa 4. ppLeg., zdobywając  osiem lokomotyw i 90 wagonów.
     
     
        Około godziny 12.30 miasto zostało zdobyte. Niekonwencjonalny sposób opanowania dość dużej aglomeracji miejskiej okazał się udanym przedsięwzięciem.
     
     
         Po zajęciu miasta  natychmiast przystąpiono do wprowadzania porządku w mieście. Komendantem wojskowym Mińska został płk Zdzisław Raabe. Żandarmeria wojskowa aresztowała agentów bolszewickich oraz czekistów, którym nie udało się uciec z miasta. Uwolniono więzionych polskich jeńców.
     
     
        Nazajutrz do Mińska przybył gen. Szeptycki wraz ze sztabem Frontu Litewsko-Białoruskiego. 10 sierpnia odbyły się w mieście uroczystości związane z wyzwoleniem miasta. Po mszy dziękczynnej w katedrze odbyło się spotkanie gen. Szeptyckiego z żołnierzami, a po nim defilada wojskowa. Komisarzem cywilnym okręgu mińskiego został Władysław Raczkiewicz.
     
     
         W wydanym specjalnym rozkazie gen. Szeptycki podkreślił, iż „ Trzy dywizje bolszewickie rozgromione zupełnie, obszar 25 000 km kwadratowych uwolniony od obcego najazdu. Nieśwież, Mir, Kojdanów, Słuck i Mińsk odebrane, armaty, karabiny maszynowe, pociągi kolejowe i tysiące jeńców zdobyte – oto wynik jednego ciągu operacji, rozpoczętych wzięciem Mołodeczna wśród walk, marszów i wytrwałej służby, a zwycięstwo to łatwym nie było, każda z dywizji i grup mnie podległych wzięła w nim swój chwalebny udział”.
     
     
          Zarówno w czasie przygotowań do zajęcia przez Polaków Mińska, jak i w trakcie odrzucania przeciwnika na wschód ważną rolę odgrywały działania specjalne prowadzone na zapleczu przeciwnika przez członków miejscowych struktur POW.  Znalazło to wyraz w specjalnym podziękowaniu, jakie gen. Szeptycki przekazał peowiakom z Białorusi, zwłaszcza za efektywną, bardzo dużą pomoc w opanowaniu Mińska.
     
     
         Zajęcia miasta dokonał batalion szturmowy liczący nieco ponad 350 żołnierzy, ale był to pododdział elitarny, bardzo dobrze jak na ówczesne warunki wyszkolony i uzbrojony. Sukces ten byłby niemożliwy bez prowadzenia dużej operacji okrążającej miasto od północy i południa z jednoczesnym silnym uderzeniem w centrum. To także decydowało o bardzo niskich stratach w trakcie zajmowania Mińska.
     
     
         W czasie operacji bolszewicy uporczywie bronili tylko podejść do miasta, nie skupiając swej uwagi na prowadzeniu walk ulicznych.  Sposób wykorzystania nich samochodów pancernych był mało efektywny, nie mając bowiem bezpośredniej osłony piechoty, były narażone na bezpośrednie ataki przeciwnika. W walkach ulicznych obie strony nie wykorzystały artylerii.
     
     
          Zdobycie przez Polaków Mińska miało wymiar nie tylko militarny, lecz także polityczny. Po Wilnie bolszewicy tracili bowiem drugie z kolei miasto przewidziane na siedzibę utworzonego przez nich rządu Litewsko-Białoruskiej Republiki Rad. Piłsudski natomiast liczył na łatwiejsze zrealizowanie swoich zamiarów federacyjnych wobec Białorusinów.
     
     
     
     
    Wybrana literatura:
     
     
     
    L. Wyszczelski – Mińsk 1919
     
     
    N. Davies -  Orzeł biały, czerwona gwiazda. Wojna polskobolszewicka 1919–1920
     
     
    M. Wrzosek - Wojsko Polskie i operacje wojenne lat 1918–1921
    5
    5 (2)

Strony