blogi

  •  |  Written by sprzeciw21  |  0
    Czy dr Daniel Alain Korona, autor sukcesów finansowych państwowego Elewarru z lat 2018-2022 powróci na czele Spółki? Czy tzw blok demokratyczny zgodzi się na niezależnego prezesa?

    Nie wiemy, w jakiej kondycji jest teraz Elewarr, który kupował po żniwach w 2022 r. drogie zboże, oraz tego, z jaką stratą zamknie się rok gospodarczy - pisał tuż przed wyborami portal farmer.pl. Organa korporacyjne Elewarru (powołane przez Krajową Grupę Spożywczą) nie spieszą się z publikacją tych wyników. Najwyraźniej nie ma się czym chwalić. Krążą nieoficjalne informacje nt. gigantycznej straty. Gorzej także ten rok źle się zapowiada, a jak twierdzi portal farmer.pl w celu jakiegoś zaciemnienia tego faktu zmieniono rok obrotowy. Nie mając dostępu do informacji trudno potwierdzić lub zaprzeczyć tym doniesieniom. Trzeba poczekać do stycznia, kiedy nastąpi ujawnienie wyniku finansowego za rok 2022/23.

    To co z całą pewnością można stwierdzić, że Elewarr przestał być spółką samodzielną, a ingerencja KGS w funkcjonowaniu tej spółki jest zbyt daleko idące. Do tego należy dodać inerencja polityczna takie jak np. ogłaszanie cen skupu przez ministra rolnictwa, zapowiedzi inwestycji bez właściwego rozeznanie sytuacji finansowej Spółki (ostatnio KGS ogłosił wielkie plany dotyczące elewatora Krupiec), obsadzanie stołków kierowniczych partyjnymi działaczami.

    To wszystko stało się możliwe, dzięki usunięciu w lipcu 2022 roku dra Daniela Alain Korony, który uchodził za niezależnego prezesa i nie akceptującego wiele pomysłów rządzących. Za jego czasów Spółka biła rekordy zarówno pod kątem terminu spłaty kredytu skupowego jak i zysków netto.. Spółka Elewarr przez cztery lata zarządzana była przez fachowca, który jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki doprowadził do wyjścia zbożowego giganta na prostą. Dalej wszystko potoczyło się jak w baśni, ale z gatunku tych ponurych. Jak wynika z dostępnego sprawozdania finansowego w KRS-ie, w roku 2021/2022 spółka Elewarr osiągnęła rekordowy zysk brutto 48.505.501,37 zł, czyli netto – 40.112.864,93 zł. Nigdy wcześniej takiego wyniku w swej 30-letniej historii spółka nie osiągnęła - stwierdzał portal propolski.pl.

    Mimo tych wyników, Koronę odwołano. Jeżeli prawdą są krążące informacje o bardzo złej sytuacji Spółki, czy zatem nie było sensowne by wrócił na jej czele prezes, który miał pozytywne wyniki?

    Zapewne, ale tej decyzji nie podejmą obecne władze. Pytanie co zrobi następny rząd KO-TD-Lewica. Czy postawi na tzw. technokratę nie znającego Spółki (z dużym prawdopodobieństwem upadku Spółki) czy też na fachowca znającego Elewarr, jego pracowników, lubianego przez załogę i który już wykazał się wypracowaniem Spółki z tarapatów finansowych. Przypomnijmy:

    W 2018 roku Korona ponownie został prezesem Elewarru. Zastał Spółkę ze stratą (2017/2018) – 17,2 mln złotych. Przez następne lata bił kolejne rekordy terminu spłaty kredytu skupowego lub zysków. Już w pierwszym roku 2018/2019 roku Spółka osiągnęła dodatni wynik 0,93 mln zł, w 2019/2020 – 1,676 mln zł. W kolejnych latach uzyskiwała już historyczne rekordowe zyski netto, tj. 15,76 mln zł w 2020/2021 i 40,1 mln zł zysku w 2021/2022. 

    Jednakże wadą Korony - dla polityków i urzędników - jest jego niezależność i fakt że był radyklany obrońcą Elewarru.W wywiadzie opublikowanym w Wiadomościach Bieżących Salonu24.pl, Korona stwierdził: Elewarr był małą spółką handlową, powiem wręcz spekulacyjną. Potrzebuje dużej swobody, niezależności i szybkości w działaniu. W maju ubr zarząd KGS zapewniał o poszanowaniu autonomii Spółki i tego nie dotrzymał. Od ponad roku Spółka jest dostosowywana do procedur, wymogów i kultury korporacyjnej KGS. Priorytetem staje się wypełnienie sprawozdań KGS, a nie handel czy zarabianie pieniędzy. W takiej strukturze i atmosferze taka spółka jak Elewarr traci efektywność. Nie wiem, czy będzie do czego wracać. Elewarr musiałby być ponownie autonomiczną spółką a to wymaga ustanowienia innych niż obecnie relacji z Krajową Grupą Spożywczą i z politykami. Ponadto musiałbym mieć carte blanche w sprawach Spółki. Nie interesuje mnie rola wykonawcy poleceń i pomysłów nierealistycznych.

    Jest zatem oczywiste że Korona nie będzie się godził na dalsze podporządkowanie Elewarru - KGSowi. Do tego ma dobre relacje z organizacjami rolniczymi (jest zresztą pełnomocnikiem związku rolniczego o tej samej nazwie, ale to czysty przypadek). Takiego menedżera pozbyło się Prawo i Sprawiedliwość. Czy przyszli rządzący zatem sięgną po Koronę, zwłaszcza że sytuacja w rolnictwie jest trudna, i potrzebni są fachowcy.

    Przekonamy się.

    zob. też:

    https://blog-n-roll.pl/pl/daniel-alain-korona-bilans-mojej-prezesury-jest-pozytywny
     
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Bitwa pod Krakowem była jedną z najważniejszych batalii I wojny światowej na wschodnim foncie.
     
         Bitwa o Kraków pod względem strategicznym była częścią wspólnej niemiecko-austriackiej operacji mającej na celu zatrzymanie jesiennej ofensywy Rosjan w kierunkach zachodnim i południowo-zachodnim.
     
        Porażką Rosjan zakończyła się także toczona równolegle batalia pod Łodzią, uważana za jedną z największych bitew manewrowych I wojny światowej.
     
        Ceną za zatrzymanie rosyjskiego walca przez wojska austro-węgierskie była konieczność oddania Rosjanom niemal całej Galicji, której odbicie wymagało później znacznych ofiar i kilku kolejnych operacji.
     
        O ile pod względem taktycznym operacja krakowsko-limanowska nie była szczególnym sukcesem, to wymiarze strategicznym miała wielkie znaczenie - Rosjanie nie podjęli już próby dalszego natarcia na zachód od Wisły oraz na długo utracili inicjatywę w wojnie.  Rosja nie osiągnęła podstawowych celów swej kampanii, jakimi były: szybkie zmiażdżenie przeciwnika, zwycięskie zakończenie wojny, rozbiór monarchii naddunajskiej i rozszerzenie rosyjskich wpływów na Europę Środkową i Bałkany.
     
        Dzięki zmuszeniu Rosjan do wycofania się spod monarchia austro-węgierska uniknęła zagłady. Groźba wtargnięcia Rosjan na węgierskie niziny oddaliła się.
     
        Bitwa krakowska stworzyła podstawy do strategicznego zwycięstwa w bitwach pod Gorlicami (2–12 maja 1915), dzięki której walki na froncie wschodnim I wojny już nigdy nie powróciły pod Kraków, przeniosły się na Litwę i Wołyń.
     
        Krakowska twierdza w pełni wykonała swoje zadania. Nie tylko obroniła miasto przed zniszczeniami, a mieszkańców przed wojenną gehenną, okazała się przede wszystkim skutecznym łamaczem rosyjskiej ofensywy. Jej obecność zmusiła Rosjan do przyjęcia bitwy w niekorzystnych dla nich terenie, zaś obrońcom dała możliwość optymalnego manewrowania siłami i środkami po liniach wewnętrznych. Z powodu nadmiernie rozciągniętych linii komunikacyjnych rosyjska logistyka nie mogła nadążyć z zaspokajaniem potrzeb jednostek frontowych, szczególnie dotyczyło to amunicji artyleryjskiej, żywności i odzieży. Rosyjscy jeńcy często zeznawali, iż nie otrzymywali żadnego posiłku nawet przez pięć dni.
     
       Dla powodzenia bitwy ważną rolę odegrały węzeł komunikacyjny: mosty wiślane i linie kolejowe. Drogi, mosty i szlaki kolejowe Krakowa dwukrotnie umożliwiły c.k. dywizjom przegrupowanie sił po liniach wewnętrznych i przeprowadzenie zwycięskiej kontrofensywy na skrzydła przeciwnika.
     
        Twierdza była siedzibą wielu dowództw i sztabów, pełniła funkcję centrum zaopatrzeniowego dla walczących c.k. armii. Nieustanna aktywność załogi fortecznej angażowała oddziały rosyjskie, nie pozwalając na ich przerzucenie spod krakowskich fortów pod Limanową, gdzie decydowały się losy całej rosyjskiej ofensywy. Wiążąc siły rosyjskie i utrudniając manewr nimi, pośrednio odciążyła wojska walczące w Beskidach.
     
         Ogień artylerii twierdzy, mimo jej słabości wynikającej z używania przestarzałego w znacznej części sprzętu, bardzo skutecznie utrzymywał Rosjan na dystans, artylerzyści twierdzy osiągnęli przewagę nad artylerią rosyjską, zmuszając rosyjskie baterie do przerwania ognia i odstąpienia. W konsekwencji całość sił rosyjskich cofnęła się poza strefę donośności dział pierścienia fortecznego.
     
        Najistotniejszy udział twierdzy w zatrzymaniu rosyjskiej ofensywy polegał nie w biernym oporze, lecz ofensywnym współdziałaniu z siłami własnymi na przedpolu. Bez zaangażowania militarnego potencjału krakowskiej twierdzy zwycięstwo strony austro-węgierskiej w operacji limanowskiej nie byłoby możliwe.
     
         W walkach swoją waleczność zademonstrowały Legiony Polskie  oraz Polacy służący w szeregach armii habsburskiej (garnizon krakowski, liczne bataliony i pułki galicyjskie w składzie armii polowych) oraz niemieckiej (pułki wielkopolskie).
     
        Wojna nie powróciła pod Kraków, tym samym spadło strategiczne znaczenie twierdzy. Do końca wojny Kraków pełnił jednak funkcję ważnego ośrodka logistycznego dla wojsk walczących na froncie wschodnim.
     
         Na wzgórzu Kaim, w miejscu, gdzie żołnierze rosyjscy znaleźli się najbliżej centrum Krakowa, już rok później wzniesiono obelisk projektu Henryka Nitry z dwujęzycznym niemiecko-polskim napisem: „Stąd 6 grudnia 1914 roku odparto oddziały rosyjskiej armii”. Na cokole pomnika, wysokiej iglicy strzelającej w niebo, widniał herb naddunajskiej monarchii.
     
        Na przed polu krakowskiej twierdzy i w Krakowie zlokalizowano 22 cmentarze, na których pochowani są żołnierze kilkunastu narodowości (Austriacy, Rosjanie, Polacy, Węgrzy, Niemcy, Ukraińcy, Słoweńcy, Bośniacy, Chorwaci, Żydzi, Gruzini, Ormianie, a nawet Turcy i Finowie) oraz kilku religii (katolicy, prawosławni, protestanci, żydzi, muzułmanie).
     
    „Za życia skłóceni, śmiercią pogodzeni, Razem zło żyli tu kości.
    Gdyż nie to ważne, kim byli, co dotychczas zna czyli,
    Lecz, że dochowali wierności”
     
     
        Nie wszyscy polegli żołnierze  spoczęli na cmentarzach – w warunkach wojennego pośpiechu ciała często grzebano w miejscach prowizorycznych : rowach, lejach po pociskach, fragmentach okopów.
     
        Do dziś odnajdowane są w Krakowie miejsce takich pochówków.
     
     
    Wybrana literatura:
     
    H. Łukasik – Kraków 1914
    H. Łukasik, A. Turowicz - Twierdza Kraków znana i nieznana
    J. Bogdanowski -  Warownie i zieleń Twierdzy Kraków
    J. Bator - Wojna Galicyjska
    B. Berska - 1914. Zdarzyło się w Krakowie
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W połowie grudnia 1914 roku Rosjanie zostali zmuszeni do wycofania się spod Krakowa.
     
           Siły obu stron walczących pod Krakowem były na wyczerpaniu. Cesarsko-królewska armia, na froncie rosyjskim licząca 900 tys. żołnierzy piechoty, od rozpoczęcia wojny do końca listopada straciła 845 tys. Uzupełnienia wyniosły 469 tys. żołnierzy batalio nów marszowych i 81 tyś. ludzi z rozwiązanych formacji Landsturmu. Do stanu etatowego brakowało prawie 300 tys. Żołnierzy. Istotnym problemem były braki amunicji, szczególnie artyleryjskiej – zużywano ją na tyle szybko, że rodzimy przemysł nie był wstanie uzupełnić braków.


         Aby poprawić zaopatrzenie, magazyny forteczne przejęły dostawy amunicji artyleryjskiej, głównie największych kalibrów, zarówno dla jednostek własnych, jak i wojsk polowych operujących na przed polu twierdzy krakowskiej. W tym celu utworzono dwa wysunięte magazyny amunicji artyleryjskiej. Do Michałowic samochodami ciężarowymi dostarczano: granaty, szrapnele i kartacze do armat 90 i 120 mm, haubic i moździerzy 150 mm, magazyn na stacji kolejowej w Kocmyrzowie był zasilany koleją.
     
     
           Kosztem znacznych strat (ok. 70-80 tyś. żołnierzy) Austriakom w trakcie pierwszej bitwy pod Krakowem (16-25 listopada 1914 r.) wojska Austro-Węgier  odrzucili główne uderzenie rosyjskie. Front zatrzymał się w odległości 14–30 km od miasta. Austriacy udaremnili nieprzyjacielski atak, pozbawili przeciwnika inicjatywy operacyjnej na obszarze na północ od Wisły, wstrzymali główne uderzenie rosyjskie w kierunku zachodnim i odzyskali przestrzeń operacyjną.
     

         Po ściągnięciu nowych jednostek 4 grudnia 1914 roku Rosjanie wznowili natarcie na Kraków. Drugą bitwę o Kraków rozpoczął pojedynek artyleryjski, w którym wzięła udział artyleria twierdzy. Toczyła się ona głównie na obszarze po prawej stronie Wisły, na terenach Pogórza Wielickiego i Beskidów.
     

         W walkach ogromną rolę odegrały ciężkie moździerze Škoda 305 mm M.11 na podwoziu Porsche, które łatwo przemieszczały się po rozbudowanych drogach rokadowych twierdzy, zmieniając pozycje i unikając ostrzału wroga, zaś przygotowane wcześniej zamaskowane stanowiska ogniowe i dobrze opracowane sektory ognia ułatwiały skuteczny ostrzał nieprzyjaciela. „Działanie tej olbrzymiej masy żelaza było tak skuteczne, że Rosyanie wszędzie zostali odparci z ciężkimi stratami” –  pisał „Reich post”.
     

         Ogień artylerii spowodował, że już po 5 grudnia wojska rosyjskie odeszły na dalsze przedpole, poza zasięg artylerii fortecznej. Tak intensywne ogień artylerii sprawił, iż gdy 13 grudnia Rosjanie zaczęli się wycofywać na wschód, zapasy amunicji artyleryjskiej wystarczały zaledwie na dwa dni.
     

         Bezpośrednim powodem wycofania się Rosjan spod Krakowa był sukces austriackiego kontrataku pod Limanową. Obserwatorzy lotniczy dostrzegli lukę w ugrupowaniu atakującym Rosjan na odcinku między Limanową a Nowym Sączem pomiędzy oddziałami 3. Armii gen. Dimitriewa nacierającymi na zachód a 8. Armii gen. Brusiłowa, który atakował karpackie przełęcze w kierunku południowym.
     

         2 grudnia z rejonu Chabówki i Mszany Dolnej wyszło natarcie austriackie. Uderzyło siedem dywizji c.k. 4. Armii wzmocnionych ściągniętą z frontu zachodniego niemiecką rezerwową 47. DP gen. von Bessera (był tam również 1. pułk piechoty Legionów Polskich).
     

         Jakkolwiek Rosjanom udało się uniknąć zaciskających się austro-węgierskich kleszczy, ale podczas chaotycznego odwrotu ponieśli ogromne straty. 12 grudnia, po porażce w bitwie pod Limanową, wojska rosyjskie wycofały się na linię Dunajca. Rosyjski pochód na zachód, który, jak się zdawało, zgniecie armię habsburską, został zatrzymany.
     

         Odwrót Rosjan spod Krakowa rozpoczął się w nocy z 14 na 15 grudnia. Na ustępującego przeciwnika uderzyła austriacka piechota. Siły Austriaków były zbyt małe, aby pobić odstępujących Rosjan, chodziło jednak nie o ich pokonanie, lecz związanie walką i jak najdłuższe zatrzymanie na przedpolu krakowskiej twierdzy, by zwiększyć w ten sposób szanse powodzenia kontrataku na południu.
     

         Walczące pod Krakowem, na zewnątrz twierdzy, baterie ciężkie po zakończeniu walk w większości powróciły do niej w celu uzupełnienia strat, napraw i przeglądu sprzętu oraz odpoczynku. Zamyka to  okres aktywnych działań Twierdzy Kraków przeciw Rosjanom.
     
     
          Było to pierwsze od trzech miesięcy istotne zwycięstwo wojsk cesarsko-królewskich nad Rosjanami, tym cenniejsze, że odniesione w trudnym terenie, przy fatalnej jesienno-zimowej aurze i wobec liczebnej przewagi przeciwnika. Oprócz odzyskania inicjatywy strategicznej, armia Austro-Węgier odzyskała poczucie wartości bojowej, a zwycięstwo dodatnio wpłynęło na spoistość wielonarodowej armii, podniosło jej szacunek w oczach niemieckiego sojusznika i zahamowało defetystyczne nastroje w monarchii.
     

         Ewentualne skutki zdobycia Krakowa przez Rosjan byłyby katastrofalne dla monarchii habsburskiej. Zdobycie miasta miałoby olbrzymie znaczenie operacyjne, nie mówiąc o znaczeniu psychologicznym.  Zajęcie olbrzymiego garnizonu, ważnego węzła komunikacyjnego i licznych składnic materiałów wojennych mogłoby stanowić preludium do całkowitej klęski c.k. armii.
     

         Z kolei zagrożenie pruskiego Śląska mogłoby skłonić Berlin do zawarcia separatystycznego pokoju z Rosją kosztem oddania Moskwie całej Galicji.
     
    CDN.
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Katarzyna  |  0
    Na dźwięk hasła „senior” natychmiast boli mnie kręgosłup, wszystkie stawy, zmarszczki wyłażą bezczelnie nie tylko na twarzy,  nie czuję, jak popuszczam w majtki, mam problem , mówiąc delikatnie, z tyłkiem, cierpię na bezsenność. Resztę dolegliwości seniora proszę sobie wypisać z reklam.

    Na wszystko jest rada. Magnez obniża ciśnienie, kiedy oglądam lub słyszę porady min. Niedzielskiego. Majtki z pampersem rozwiązują problemy moczopędne, tabletki na zaparcia przynoszą ulgę, włosy przestają wypadać, paznokcie łamać po specjalnych eliksirach, maść na odciski wystarczy, by zaszpanować na urodzinach wnuczki w szpileczkach. No może trochę przesadziłam z tymi szpileczkami, ale specjalna maść na wszelkie bóle daje mi szansę wytrzymania chrzęstu  w  kościach na spacerze i przy zabawie w chowanego. Na koniec sprowadzam sobie z Internetu tabletki na wzmocnienie pamięci i zasiadam przed telewizorem. A tam premier zachęca  do badań profilaktycznych, a Ministerstwo Zdrowia do aktywności fizycznej.
    I tu zaczyna się mój problem z wrednym charakterem, którego wady coraz bardziej eksponuje wiek. Nie korzystam z żadnych badań „autobusowych” z dwóch powodów. Po pierwsze -wszystko, co tam mi zbadają mogę zrobić sama poza prześwietleniem, USG czy mammografią; mam ciśnieniomierz, pulsomierz, aparat do mierzenia cukru, recepty od endokrynologa i psa, który wymusza na mnie kilometrowe spacery.  Po drugie -  nie zamierzam wspomagać koncerny farmaceutyczne wiedzą o moim zdrowiu.

    Rozumiem politykę wobec seniorów i zachętę do dbania o swoje zdrowie, choć po przymusowym izolowaniu nas w czasie pandemii, zachęcaniu do samotnych świąt i  braku kontaktów z najbliższymi, moje zaufanie zostało mocno nadwyrężone. Domyślam się też, że stajemy się oczkiem w głowie koncernów farmaceutycznych. Na wszystko jest maść, tabletka, kropelki  i odmładzające kremy czy maseczki.

    Pomyślałam o tym wszystkim wczoraj po obejrzeniu „Biesiady Warszawskiej”. Radosne piosenki, tańce, uśmiechnięte buzie pań i panów w słusznym wieku,  uświadomiły mi, że senior niektórym kojarzy się jedynie z chorobą, lekarzem i lekarstwami. Tymczasem potrzebna jest odrobina szaleństwa, radości, beztroskiego śmiechu  i powrót do swojego świata. Chwała tym, którzy to rozumieją i realizują takie spotkania jak to, wskrzeszające kulturę starej, przedwojennej Warszawy. Podobno tak się dziać zaczyna i w innych miastach.
    Dziś szaleją młodzi przy innej muzyce, ale tańce, z małymi wyjątkami, są chyba bardzo podobne, tak samo jak radość? A co do tuszy, która nie pozwala na pomalowanie sobie paznokci u nóg, to chyba w wielu wypadkach młodzież już nas starych dogoniła, prawda?  ; -)
    Przyznam, że młodzi, często rodzina, zaczyna nas w pewnym momencie traktować jak dzieci, które z grzeczności trzeba wysłuchać, pomóc, gdy nie dajemy rady wymyć okna czy zrobić zakupy, ale przestajemy być partnerami do rozmowy.

    Wiem, że starość bywa różnie przeżywana i z różnych powodów. Bywa naznaczona samotnością i cierpieniem. Nie jestem też naiwna i nie mam recepty na długowieczność. Nie chcę jednak, by odstawiano nas na boczny tor, a jedyną troską władz było  zapewnienie nam pieniędzy na zakup lekarstw, bo, jak śpiewał  Wiesław Michnikowski, wesołe jest życie staruszka:
    „Jeszcze tylko parę wiosen
    Jeszcze parę przygód z losem
    Jeszcze tylko parę zim
    I refrenem zabrzmisz tym
    Wesołe jest życie staruszka
    Wesołe jak piosnka jest ta
    Gdzie stąpnie, zakwita mu dróżka
    I świat doń się śmieje,
    "Ha, ha"
    __________________________________________________________________________
    Mem:
    https://www.facebook.com/marriipa/posts/d41d8cd9/965345710310316/

     
    5
    5 (5)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W połowie listopada 1914 roku Rosjanie rozpoczęli natarcie na krakowską twierdzę.
     
          Po początkowych sukcesach Austriaków, na skutek przewagi liczebnej Rosjan, Austriacy musieli 3 września 1914 roku ewakuować stołeczne miasto Galicji – Lwów,  11 września zarządzili odwrót za San, a 26 września rozpoczęło się pierwsze oblężenie Przemyśla.
     
         Po nieudanej ofensywie państw centralnych na Dęblin, gdzie 1. Armia austro-węgierska straciła ok. 50 tys. żołnierzy, Rosja nie przeszli do ataku. Celem rosyjskiej ofensywy było rozdzielenie armii austro-węgierskiej od niemieckiej, opanowanie przemysłowego obszaru Śląska, następnie wkroczenie na Morawy, pod Wiedeń, a dalej do Berlina.
     
         Cofając się na całym froncie Austriacy stawiali nikły opór i unikali frontalnego starcia z przeważającymi siłami wroga. Z braku niemieckiej pomocy wojska austro-węgierskie opuściły linię Dunajca i także cofały się na zachód, w kierunku twierdzy Kraków.
     
          Próby zatrzymania Rosjan nad Opatówką, a później nad Nidą, tylko nieznacznie opóźniły postępy armii rosyjskich. Około 11 listopada Rosjanie zajęli prawie całą Galicję (91,7 proc. obszaru Galicji zamieszkanego przez 87,7 proc. ludności prowincji). Wojna objęła 77 z 82 powiatów galicyjskich.
     
         Rosjanie wierzyli, że zdobędą twierdzę Kraków, a wojnę uda się zakończyć do końca roku. Rosyjscy żołnierze powiadali, że „idą na wesele do Krakowa”. W ziemię wbijali drogowskazy informujące, ile jeszcze kilometrów pozostało do Budapesztu, Wiednia i Berlina, a oficerowie wnioskowali o pilne dostarczenie im mundurów galowych potrzebnych na uroczystej paradzie zwycięstwa.
     
         W przeciwieństwie do armii rosyjskiej nastroje w cofającej się armii austro-węgierskiej były ponure. Utrata większości Galicji działała przygnębiająco na żołnierzy. Cała c.k. armia „wyglądała, jakby już miała dosyć wrażeń wojennych”. „Przejmujący chłód jesienny. – wspominał ówczesny kapral Stanisław Sosabowski - Deszcz ze śniegiem. Rozmokłe drogi, rozdeptane tysiącami stóp maszerujących żołnierzy, rozbite kołami wozów i zaprzęgami artylerii. Marsz w pełnym obciążeniu. Szerząca się czerwonka. Noclegi na otwartym polu lub w szopach, w których hulał wiatr. Śmiertelne zmęczenie – odpoczynki w mokrych rowach przydrożnych, gdzie z miejsca się zasypiało. Posiłek w nocy, gdy kuchnia polowa dołączała do kompanii. I wreszcie najcięższa plaga żołnierzy armii austro-węgierskiej pod czas I wojny światowej – wszy, wszy i jeszcze raz wszy… Nie było ani miejsca, ani czasu na ich tępienie.
     
          W części oddziałów morale i dyscyplina zdecydowanie spadły, a bandy dezerterów i maruderów włóczyły się po wsiach i lasach, żebrząc, kradnąc, rabując i czekając, aż dostaną się do niewoli. Żołnierze tyłowi sprzedawali wyposażenie wojskowe jawnie i za grosze.
     
         Zgodnie z wydanymi dyrektywami Stawki od 12 listopada siły rosyjskie 4. i 9. Armii rozpoczęły marsz w kierunku Krakowa. Sprawozdawca wojenny gazety „Reich post” donosił: „Dnia 9 listopada pojawił się pierwszy patrol kozacki przed skrajem Twierdzy Kraków”. 11 listopada posterunek na Łysej Górze nad Ojcowem zameldował o wejściu Rosjan do Skały.
     
          Państwom centralnym udało się zgromadzić znaczne siły, tak że na odcinku od okolic Krakowa do Wielunia siły Rosjan mających prowadzić ofensywę były słabsze niż stojące naprzeciw wojska państw centralnych.  W tej sytuacji zaplanowano jednoczesne  uderzenie z pół nocy i południa na wojska rosyjskie szykujące się do natarcia.
     
         17 listopada dowództwo twierdzy krakowskiej nakazało zamknąć rogatki miejskie, zabraniając wstępu do Krakowa nawet na pobyt chwilowy.
     
         Po dotychczasowych sukcesach Rosjanie liczyli, że uda im się zająć twierdzę Kraków nagłym uderzeniem, z marszu. Samą swoją obecnością blokowała Rosjanom wiodące na zachód linie komunikacyjne. Zdobycie krakowskiej twierdzy miałoby więc olbrzymie znaczenie operacyjne. Zajęcie olbrzymiego garnizonu, ważnego węzła komunikacyjnego i licznych składnic materiałów wojennych mogło stanowić zapowiedź całkowitej klęski c.k. armii.  Dalszy  marsz armii rosyjskich na zachód, ignorując obecność na skrzydle garnizonu krakowskiej twierdzy, byłby zbyt ryzykowny.
     
          Sprawdzała się w praktyce maksyma Carla von Clausewitza:Jeśli otoczysz się silnymi fortyfikacjami, to zmuszasz przeciwnika do poszukiwania alternatywnych rozwiązań”.
     
         Doświadczenia ze zdobywania Przemyśla, świadomość potęgi krakowskiej twierdzy, trudności w dowozie zaopatrzenia spowodowane fatalnym stanem dróg (długotrwałe opady), zniszczenia linii kolejowych oraz brak stromo torowej ciężkiej artylerii, niezbędnej do podjęcia próby zdobycia stałych fortyfikacji,  sprawiły, iż mimo optymistycznej oceny sytuacji przez Stawkę, Rosjanie ostrożnie rozpoczęli natarcie na Kraków.
     
        Rosyjskie forpoczty zajęły Kocmyrzów i okoliczne wzgórze 279. Z odległości ok. 2 km, z drogi na pół noc od fortu, artyleria zaczęła ostrzał sektora VI twierdzy, nie mogąc  jednak zagrozić konstrukcji fortu.
     
         Austriacko-węgierskie armie nie dały się okrążyć i zamknąć w twierdzy – większość cesarsko-królewskich sił skoncentrowała się na północ od miasta. 17 listopada dowodzona przez gen. Hötzendorfa Armia przeszła do ataku. Szybko walki przekształciły się w działania pozycyjne.
     
         Dowództwo armii austro-węgierskiej nakazało kontynuowanie natarcia, podkreślając, że „Wynik jutrzejszego ataku ma decydujące znaczenie dla sukcesu w całej woj nie. Nie mamy przed sobą żadnej przewagi. Wróg jest wycieńczony, brakuje mu amunicji i żywności. Także w jego oddziałach stany są niższe. Trzeba zdawać sobie sprawę, że stracony czas jest nie do nadrobienia. Dowódcy swoją nie złomną wolą i osobistym wpływem muszą wpłynąć na żołnierzy i dzięki temu umożliwić osiągnięcie zwycięstwa”.
     
         W ramach c.k. 1. Armii w walkach na przedpolu Jury Krakowsko-Częstochowskiej wzięły udział krakowskie pułki. Ulubiony przez krakowian c.k. 13. pułk piechoty „Krakowskie Dzieci” walczył w składzie śląskiej 5. DP.  Udało mu się zdobyć wieś Gołaczewy, zmuszjąc Rosjan do odwrotu.
     
         Zaledwie dziesięć kilometrów dalej, pod Krzywopłotami, pozycje zajęły dwa bataliony 1. Pułku Legionów (4. kpt. Tadeusza Furgalskiego-Wyrwy, 6. kpt. Kazimierza Herwina-Piątka) oraz artylerzyści pod wodzą kpt. Ottokara Brzozy-Brzeziny. W dniach 17–18 listopada legioniści w krwawej i zaciętej bitwie powstrzymali rosyjskie natarcie. W jej wyniku zginęło 46 Polaków,, w tym por. Stanisław Paderewski, przyrodni brat Ignacego Paderewskiego.
     
         18 listopada bitwa pod Krakowem przybrała postać uciążliwych zmagań. Dotychczasową jesienną deszczową pogodę zastąpiły opady śniegu. Temperatura spadła znacznie poniżej zera (21–22 listopada było nawet do -15 st. C ). Wiał lodowaty wiatr. Walki toczyły się więc w bardzo trudnych warunkach atmosferycznych. Wielu żołnierzy, szczególnie rosyjskich, miało na sobie letnie mundury. Odmrożenia siały spustoszenie w szeregach.
     
        W efekcie walczono raczej z warunkami pogodowymi niż z przeciwnikiem. Nic dziwnego, iż żadna ze stron nie była w stanie osiągnąć powodzenia.
     
    CDN.
     
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Everyman  |  0

    Im dłużej żyję, tym wyraźniej widzę związek pomiędzy harmonijnym następstwem rodzinnych pokoleń i losem współcześnie żyjących potomnych. Z natury optymistyczne dzieciństwo i młodość zamazują różnice uniemożliwiające równy start w dorosłe życie, a przecież łatwiej borykać się z codziennym trudem tym, za którymi stoi intelektualny i materialny dorobek przodków, niż jednostkom rozpoczynającym wszystko od nowa.

    Szczególnie wyraźnie widać tę zależność w odniesieniu do rodzin, które w nierównym stopniu ucierpiały wskutek działań wojennych. Trudno tu mówić o zwykłym pechu czy szczęściu ofiar, bo skala niezawinionych nieszczęść obejmowała wszystkich Polaków, jednak brak zadośćuczynienia bezwzględnie przyczynił się spiętrzenia przeszkód w powrocie do normalnego życia dla najboleśniej doświadczonych.

    Przykład rodziny mojej Mamy stanowi zapewne jeden z tysięcy przykładów degradacji życiowych szans i możliwości Polaków i choć nie pretenduje do skrajnie przerażających przypadków, to jednak nie może podlegać jakiejkolwiek opinii łajdaków, którzy Polakom prawa do zadośćuczynienia odmawiają.

    Ojciec zmarł w drodze do obozu opiekując się wiezionymi tam rannymi powstańcami, najstarszy brat zginął walcząc w Powstaniu, drugi brat, także żołnierz AK, pozostał w Wielkiej Brytanii, w obawie przed czekającymi go represjami ze strony stalinowskiej bezpieki, matka dogorywała w szpitalu, pozostałe rodzeństwo pozbawione zburzonego mieszkania zostało popędzone do obozu w Pruszkowie, a po zakończeniu działań wojennych tułało się między gruzami Warszawy i kolejnymi sierocińcami. Wyłącznie dzięki poświęceniu starszego rodzeństwa, które - rezygnując z własnych oświatowych i zawodowych aspiracji – stworzyło rodzinie w miarę znośne warunki i pozwoliło jej przeżyć.

    O zadośćuczynieniu za dewastujący wpływ na biografie setek tysięcy Polaków myślał zapewne uczestnik spotkania z Tuskiem, który zaznaczając wyraźnie, że nie chodzi mu o osobiste korzyści, spytał byłego premiera o jego stosunek do reparacji od Niemiec. Nadział się na bezczelne, postawione knajackim językiem pytanie:

    Panie, z jakiej paki”?

    Pytanie nie tylko haniebne, bo fałszujące intencje pytającego, lecz także głupie, bo ignorujące historyczne konsekwencje napaści hitlerowskich Niemiec na Polskę i wpływ tej napaści na los tysięcy polskich rodzin w kolejnych pokoleniach. Za głupszą można uznać jedynie wypowiedź lewicowej posłanki która podczas programu telewizyjnego upierała się, że reparacje Polsce się nie należą, bo reparacje wypłaca się... zwyciężonym. Jasne! Reparacje należą się Niemcom ... Ciekawe, jak czuje się kilkanaście tysięcy wyborców, których głosy przyczyniły się do tego by ktoś taki dostał się do parlamentu.

    Kolejną odsłoną prawdziwego stosunku opozycji do należnych nam reparacji jest odpowiedź jakiej udzielił premierowi Morawieckiemu prezydent Warszawy, Rafał Trzaskowski, na propozycję podpisania wspólnego listu do kanclerza Scholza. Skoro straty samej Warszawy oszacowano na ponad 45 mld dolarów, premier uznał za stosowne by w rocznicę Powstania wystosować list poruszający temat reparacji, pod którym podpisać się miał on sam i prezydent Warszawy.

    Trzaskowski odmówił, zasłaniając się bałamutnym twierdzeniem, że to tylko zabieg w zbliżającej się kampanii wyborczej.

    Tym samym postawił wyżej doraźny interes własnej partii ponad interes Warszawy i warszawiaków, choć nawet z tej perspektywy ten wybór do mądrych nie należy. Przecież 54% Polaków uważa, że należy kontynuować starania o reparacje. Zyskał więc, czy stracił przez małostkową decyzję?

    Przed wieloma laty zdarzyło mi się oprowadzać po Warszawie Niemkę, która przyznała, że jej o kilkanaście lat starszy mąż służył w Wehrmachcie. Porażona skalą okrucieństwa, którego ślady pozostawili w Warszawie jej rodacy próbowała wybielić męża. - „Hans mówił, że nikogo nie skrzywdził , najwyżej jakąś kurę zabrał komuś z podwórka” …

    Przez wiele, wiele lat absurd jej wypowiedzi tkwił we mnie i nie pozwalał cytować tych słów w zestawieniu z dramatycznymi relacjami świadków, którzy przeżyli wojnę. Tkwi do dzisiaj, lecz to koszmarne wspomnienie o skradzionej kurze nasuwa też inne skojarzenia:

    Marszałek Piłsudski powiedział kiedyś, gdzie powinni prowadzać kury politycy, którzy interesów własnego kraju bronić nie potrafią.

     

    5
    5 (3)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W 1914 roku Kraków był uważany za najsilniejszą twierdzę monarchii habsburskiej.
     
         Pod osłoną potężnych fortyfikacji stacjonował tu stale bardzo silny garnizon wojskowy. W mieście znajdowała się siedziba dowództwa okręgu I Korpusu obejmującego całą zachodnią Galicję, Śląsk austriacki wraz z Cieszynem, Ołomuńcem i Opawą. Cesarska i Królewska Komenda Korpusu znajdowała się przy ul. Stradomskiej 14. Dowódcą I Korpusu do lipca 1914 roku był generał kawalerii Eduard von Böhm-Ermolii. Z chwilą wybuchu wojny awansował on na dowódcę 2. Armii austro-węgierskiej, która uderzyła na Serbię.
     
         Przy ul. Grodzkiej 57 stacjonowało odrębne dowództwo twierdzy, na którego czele stał gen. Karl Kuk. Jego szefem sztabu był Polak, mjr Stanisław Haller, późniejszy szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego.
     
         Korpus i twierdza, mimo iż były ze sobą ściśle powiązane, organizacyjnie były niezależne i miały własne zada nia. Ich wspólne dowództwo było dopiero na poziomie wiedeńskiego Sztabu Generalnego.
     
         W chwili wybuchu wojny w Krakowie i Podgórzu mieszkało ok. 180 tys. ludzi. Po ewakuacji ich części w chwili rozpoczęcia rosyjskiego oblężenia w mieście pozostało ok. 100 tys. ludności cywilnej.
     
         Garnizon krakowski liczył ok. 150 tys. wojska, w tym stała załoga forteczna 40 tys. żołnierzy (54 bataliony piechoty fortecznej i siedem szwadronów kawalerii). Ich zadaniem było utrzymanie i obrona stałych obiektów fortecznych.
     
        Miasto otaczał potrójny pierścień fortyfikacji, przystosowanych do długotrwałej obrony. Umocnienia składały się z ośmiu najstarszych fortów (1849–1866), dziesięciu fortów artyleryjskich z lat 1872–1886 oraz 17 najnowocześniejszych fortów pancernych wybudowanych w latach 1894–1899. Wzmacniały je mniejsze i większe forty piechoty.
     
        Stałą załogę forteczną uzupełniała armia licząca prawie 100 tys. żołnierzy, której zadaniem było obsadzenie fortyfikacji polowych i półstałych w między polach stałych fortów. Były to m.in. baterie artyleryjskie,  polowe szańce piechoty polowe szańce artyleryjskie, a przede wszystkim potężne punkty oporu wzniesione na przedpolu twierdzy oraz ciągłe linie okopów w między polach fortów zbudowane w okresie mobilizacji.
     
         Wszelkie urządzenia obronne zostały dokładnie zamaskowane przed nieprzyjacielem. W tym celu deformowano kształt obiektów, malowano je farbami ochronnymi i maskującymi, a przede wszystkim masowo zadrzewiano i zakrzewiano zarówno teren, jak i poszczególne obiekty.
     
         Niezależnie od utrzymywanej załogi miasto musiało być przygotowane do ewentualnego przyjęcia wycofujących się wojsk polowych. W tym celu wyznaczono liczne place – kampusy, pobudowano magazyny i drogi dojazdowe.
     
         Dla potrzeb zakwaterowania tak dużej liczby wojska zbudowano obiekty koszarowe.  Ich lokalizacja była ściśle powiązana z budową kolejnych linii obronnych.
     
         Podstawowym miejscem zakwaterowania były koszary, zarówno murowane, stałe, wewnątrz miasta, jak i barakowe, budowane na jego obrzeżach. Jako pierwsze stanęły magazyny wojskowe i koszary kawalerii na Zabłociu. W roku 1854 przystąpiono do budowy dwuskrzydłowych koszar i szpitala garnizonowego na dziedzińcu wawelskim. W 1858 wzniesiono duży budynek koszarowy przy ul. Rajskiej przeznaczony dla pułku piechoty.  W latach 1875–1878 wzniesiono kolejne wielkie koszary dla pułku piechoty przy ul. Warszawskiej, nazywane koszarami arcyksięcia Rudolfa. Przy ul. Siemiradzkiego zlokalizowano koszary dla piechoty obrony krajowej. Inne jednostki piechoty rozmieszczono w koszarach przy ul. Dobrego Pasterza, Modrzewiowej i w Przegorzałach. We wschodnim rejonie miasta, przy ul. Mogilskiej, powstały zespoły koszarowe dla artylerii. Na zapleczu zachodnich fortów wzniesiono dwa kompleksy koszar dla pułków artylerii i piechoty obrony krajowej. Koszary artylerii konnej powstały przy ul. Kościuszki, a pułki kawalerii otrzymały kolejne obiekty w Rakowicach (ul. Ułanów), na Zakrzówku i w Kobierzynie.
     
         Budowa kompleksu koszarowego dla artylerii w latach 1903–1908 przy ul. Rakowickiej im. księcia Leopolda Salwatora, współfinansowana przez gminę Kraków, umożliwiła opuszczenie przez wojsko austriackie Zamku Królewskiego na Wawelu. Od 1907 do 1914 trwała budowa szpitala garnizonowego przy ul. Wrocławskiej. Powstały wtedy też liczne szpitale cywilne. W ostatnim okresie przed wybuchem wojny wzniesiono koszary barakowe przy ul. Ułanów i ul. Księcia Józefa dla potrzeb intendentury. Po zachodniej stronie ul. Rakowickiej, przy dworcu kolejowym, wybudowano zaplecze logistyczne twierdzy. Były to pie karnie, młyny, fabryka konserw i kiełbas, duże i nowoczesne warsztaty naprawy artylerii oraz sprzętu technicznego, kuźnie i liczne magazyny.
     
        Pomimo zaostrzającej się sytuacji międzynarodowej i nadciągającej wojny nie zwiększono wydatków wojskowych, a budżet wojskowy Austro-Węgier był  kilkukrotnie niższy niż budżet Rosji czy Francji, nie licząc Niemiec. Skutkiem tego jakkolwiek twierdza Kraków miała potężne umocnienia, to nie były one sukcesywnie modernizowane, uzbrojenie przestarzałe, a zapasy amunicji niedostateczne,
     
        I tak np. w twierdzy znajdowało się 900 dział, wśród nich były zarówno 305-mm zmotoryzowane moździerze artylerii fortecznej (ciągniki artyleryjskie spalinowo-elektryczne marki Porsche, tzw. mastodonty), 240-mm działa baterii polowych, 150-mm haubice i moździerze oraz 80-mm działka szybkostrzelne z obrotowych wież fortów pancernych, jak i artyleria polowa różnego kalibru. „Artyleria […] nigdy nie odgrywała w Austrii znaczącej roli […] uważana była za siłę pomocniczą”, stąd brak środków na jej unowocześnienie. W czasie I wojny światowej artyleria powodowała od 75 %  (w 1914 r.) do 68% (w 1918 r.) ogólnych strat wśród żołnierzy.
     
          W czasie mobilizacji wykonano wiele prac ziemnych. Poszerzono i obwałowano nowy rdzeń twierdzy, który biegł od kopca Kościuszki przez fort Bronowice, wzdłuż linii kolejowej i dalej wzdłuż rzeki Białuchy do Wisły, a następnie wokół Podgórza. Najważniejszym jednak zadaniem były ziemne prace fortyfikacyjne w głównym pasie obronnym. Wszystkie forty głównego pierścienia połączono zygzakami okopów i rowów strzeleckich w całość. Dodatkowo ufortyfikowano oddzielnie poszczególne grupy warowne. Powstał obwód obronny, w którym grupy warowne tworzyły ogromne baszty połączone zygzakowatą linią okopów – kurtyn. Dodatkową przeszkodą przed okopami była linia zasieków z drutu kolczastego szerokości od kikunastu do kilkudziesięciu metrów. Te zewnętrzne linie umocnień miały obwód 57 km. Przed  główną linią obrony wysunięto dodatkowe polowe umocnienia osłonięte również kilometrami zasieków, a pole przed nimi zaminowano.
     
          Przez Wisłę przerzucono dodatkowe mosty, lepiej łącząc Kraków z Podgórzem. Utworzono flotyllę rzeczną, w której skład wchodziło kilka płaskodennych opancerzonych parowców, uzbrojonych w dwa działka 37 mm oraz karabiny maszynowe. Cesarsko-Królewska Flotylla Rzeczna pełniła służbę patrolową na Wiśle, zabezpieczając twierdzę przed wniknięciem tą drogą grup dywersantów. Wzięła też udział w działaniach wojennych, ostrzeliwując Sandomierz i Annopol, dostarczała też  zaopatrzenie i  transportowała rannych. Z jej resztek powstała w odrodzonej Polsce Flotylla Pińska.
     
         W twierdzy znajdowało się także pociągi pancerne, składające się co najmniej z pięciu pojazdów bojowych. Silnie opancerzona lokomotywa znajdowała się w środku składu, który tworzyły wagony szturmowe uzbrojone w karabiny maszynowe. Na początku i końcu znajdowały się wagony artyleryjskie z ruchomymi wieżami. Ogniem kierowano z wieżyczek obserwacyjnych na wagonach artyleryjskich i wagonie dowodzenia. Na potrzeby pociągów pancernych zbudowano specjalne bazy-bocznice w Prokocimiu, Bonarce i Niepołomicach.
     
           Od roku 1892 w Krakowie stacjonował oddział balonowy będący jednostką obserwacyjną 2. Pułku Artylerii Fortecznej. Początkowo dysponował balonami kulistymi, a od przełomu wieków znacznie doskonalszymi, wydłużonymi balonami na uwięzi tzw. systemu latawcowego typu.
     
         W czasie wielkich manewrów na przedpolu twiierdzy w 1912 roku po raz pierwszy użyto samolotu Etrich Taube. Pilotował go krakowianin, por. Mieczysław Miller. Jesienią tego roku na polach wsi Rakowice  zorganizowano pierwsze lotnisko wojskowe, lokalizując tam jednostkę Flugp ark 7 wyposażoną w dwa samoloty Etrich Taube oraz cztery dwupłatowce Lohner Pfeilflieger Model B.
     
         Jesienią i zimą 1914 roku w wyniku koncentracji sił i środków przed spodziewanym rosyjskim atakiem na twierdzę,  Kraków stał się największym skupiskiem sił lotniczych naddunajskiej monarchii. Okazało się wtedy, że lotnisko w Rakowicach było za małe –  część personelu i sprzętu prze mieszczono na krakowskie Błonia. W czasie mobilizacji wszystkie parki lotnicze przeformowano na kompanie lotnicze (Flieger kompanie). Krakowska Flik. 7 odleciała na lotnisko polowe w Łańcucie, później operowała z Miechowa.
     
          Większość żołnierzy służących w jednostkach broniących twierdzy, zarówno wśród kadry oficerskiej, jak i szeregowych, stanowili Polacy.
     
        Tak przygotowana twierdza Kraków czekała na przeciwnika.
     
    CDN.
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Hiobowscy siedzieli sobie spokojnie przy kolacji w kuchni i rozmawiali na temat Halloween, gdy zadzwonił dzwonek u drzwi.
    - Pewno dzieci po cukierki - mama Łukaszka chciała się podnieść ale ubiegła ją siostra Łukaszka.
    - Ja to załatwię - oznajmiła siostra i wyszła. Nikt nie zauważył, że wychodząc sięgnęła jeszcze na półkę i wzięła z niej jakiejś broszurkę.
    Hiobowscy przycichli.
    Słychać było jak siostra otworzyła drzwi.
    - Cukierek albo psikus! - rozległy się z korytarza bloku głosy dziecięce.
    - Wynocha!!! - ryknęła siostra. - Czy ja zgłaszałam, że chcę was przyjąć?! Nie!!! Więc proszę nie naruszać mojego miru domowego!!! Niczego tu nie dostaniecie!!! Pasożyty!! Darmozjady!!! Nawet jeśli coś bym miała to dałam na coś innego!!!
    - Nic nam pani nie da?
    - Dać to ja wam mogę trzydzieści sekund zanim spuszczę psa!!! Won!!! - i siostra trzasnęła drzwiami. Po czym bardzo zadowolona z siebie wróciła do kuchni i zasiadła za stołem nie zauważywszy, że atmosfera w pomieszczeniu jest lodowata.
    - Co to było? Coś ty zrobiła? Jak mogłaś? - spytała słabym głosem mama Łukaszka.
    - Co, zrobiłam coś źle? - wystraszyła się siostra.
    - Oczywiście! Co to w ogóle były za słowa?! Skąd ci to przyszło do głowy?!
    - Ty... Sama... Przecież... W styczniu... - w ślicznych oczkach siostry pokazały się śliczne łezki. Drżącymi rękami wyciągnęła przed siebie zabraną z półki broszurkę. Łukaszek odczytał na głos jej tytuł.
    Był to poradnik wydany przez "Wiodący Tytuł Prasowy" o nazwie "Jak rozmawiać z księdzem, kiedy przyjdzie po kolędzie".
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Obaj moich dziadkowie odegrali dużą rolę w moim życiu.
     
        Pierwszy z nich pochodził z rodziny szlacheckiej, która straciła majątek w wyniku represji rosyjskich po powstaniu styczniowym. Mój prapradziadek przeniósł się w 1865 roku do Warszawy i odtąd rodzina związała swój los z tym miastem.
     
         Mój dziadek urodził się dwa lata przed wybuchem I wojny światowej. Jego ojciec został powołany do armii rosyjskiej i do Polski powrócił dopiero w  końcu 1918 roku.  Tak więc mój dziadek w pierwszych latach życia wychowywany był przez swoją matkę, wywodzącą się z rodziny szlacheckiej, która również po utracie majątku po powstaniu styczniowym przeniosła się do Warszawy. Matka była energiczną, przedsiębiorczą  osobą, która w trudnych czasach zdołała zabezpieczyć byt rodzinie.
     
         Na początku 1919 roku mój dziadek zachorował na hiszpankę i tylko cudem na nią nie umarł.
     
          Po ukończeniu szkoły powszechnej oraz gimnazjum wstąpił na wydział mechaniczny  Państwowej Wyższej Szkoły Budowy Maszyn i Elektrotechniki im. H. Wawelberga i S. Rotwanda, którą ukończył z wysoką lokatą.
     
         Po uzyskaniu tytułu inżyniera, służbę wojskową odbył w Szkole Podchorążych Rezerwy Saperów w Modlinie. Po ukończeniu szkoły z wysoką lokatą zaproponowano mu pozostanie w wojsku. Mając już zagwarantowaną pracę inżyniera w fabryce zbrojeniowej w Warszawie, zmuszony był omówić.
     
         Wkrótce po odbyciu obowiązkowych ćwiczeń został mianowany na stopień podporucznika rezerwy. Patent oficerski podpisany przez prezydenta Mościckiego oraz ministra spraw wojskowych gen. Kasprzyckiego, cudem ocalały z zawieruchy wojennej, do końca życia traktował jako swoistą relikwię. Obecnie jest w moim posiadaniu.
     
         W fabryce zbrojeniowej szybko dał się poznać jako znakomity inżynier, lubiany zarówno przez kolegów, przełożonych jak i robotników. W 1938 roku został kierownikiem oddziału w tej fabryce z pensją (wraz z premią kwartalna) ok. 1000 złotych, co było wówczas bardzo wysokim wynagrodzeniem.
     
         W tym samym czasie założył rodzinę, kupił duży plac pod Warszawą, gdzie rozpoczął budowę domu. Do czasu jego ukończenia wynajął spore mieszkanie na Pradze.
     
          Po wybuchu wojny z Niemcami nie został powołany do służby czynnej, był niezbędny w fabryce. Jednak po słynnym apelu ppłk. Romana Umiastowskiego wyruszył na wschód. Po szczęśliwym uniknięciu niewoli niemieckiej lub sowieckiej, w połowie października 1939 roku powrócił do rodziny w Warszawie.
     
         W czasie okupacji niemieckiej pracował jako inżynier w swojej fabryce zbrojeniowej. Znając jego brak predyspozycji do pracy konspiracyjnej, jego koledzy nie zaproponowali mu wstąpienia do AK. Mając jednak wstęp do wszystkich pomieszczeń fabryki ułatwiał członkom AK wynoszenie z fabryki różnych narządzi i materiałów niezbędnych do konspiracyjnej produkcji sprzętu wojskowego.
     
           Po szybkim upadku powstania na Pradze, a następnie wkroczeniu wojsk sowieckich do tej części Warszawy, wyjechał z rodziną do swych krewnych w Lublinie, gdzie zetknął się z „wysoką kulturą” sowieckich oficerów. W domu swych krewnych mieszkał także sowiecki pułkownik, który regularnie mył włosy w sedesie z radością posługując się spłuczką i wychwalając wysoką polską technikę.
     
          Po powrocie do Warszawy w połowie 1945 roku podjął pracę w swej „starej” fabryce, której dyrektorem został jej dawny przedwojenny robotnik, który zapisał się do PPR. Znając i ceniąc mojego dziadka z czasów przedwojennych kilkukrotnie proponował mu wstąpienie do PPR, w zamian oferując mu błyskawiczną karierę. Za każdym razem otrzymywał negatywną odpowiedź.
     
          Po ostatniej zdecydowanej odmowie wstąpienia do PPR został wezwany do komitetu dzielnicowego PPR na Pradze, gdzie ponowiono propozycję, obiecując mu objęcie stanowiska wiceministra. Dziadek znów odmówił , co uznano za wyraz wrogiego stosunku do władzy ludowej. Jako przedwojenny oficer rezerwy, negatywnie ustosunkowany do „demokratycznych przemian”  był inwigilowany przez agentów Informacji Wojskowej.
     
         Do 1948 roku pozwolono mu pracować w fabryce, jednak potem zwolniono go i skierowano do pracy w technikum mechanicznym w Warszawie, gdzie pracował do początku lat 60. Okazał się surowym lecz sprawiedliwym nauczycielem, którego kilku uczniów zostało potem profesorami Politechniki Warszawskiej, a wielu cenionymi inżynierami.
     
         Na początku lat 60.  zaproponowano mu stanowisko inspektora zajmującego się doskonaleniem zawodowym nauczycieli techników, na którym to stanowisku pracował aż do emerytury w 1972 roku. Równocześnie działał w SIMP – Stowarzyszeniu Inżynierów i Techników Mechaników Polskich. Traktował to jaką swoistą pracę organiczną, nigdy nie zapominając, że komunizm to wróg Polski.
     
        Gdy przychodziłem do niego radio zawsze nastawione było na Radio Wolna Europa.
     
         Od lat 60. utrzymywał kontakty ze swymi kolegami oficerami, którzy po zakończeniu II wojny światowej pozostali w Wielkiej Brytanii. Otrzymywał od nich książki historyczne wydawane na Zachodzie. Już jako uczeń liceum dostąpiłem prawa do korzystania z dziadka „zakazanej” biblioteki. Książki te umieszczał w okładkach książek technicznych, tak aby nikt postronny nimi się nie zainteresował. Pamiętam, iż pierwszą książka, którą wtedy przeczytałem było „Bez ostatniego rozdziału” gen. Andersa.
     
        W latach 80. zrewanżowałem się regularnie dostarczając mu książki historyczne wydawane w drugim obiegu. Czytał je z pasją, mimo, iż coraz bardziej szwankował mu wzrok.
     
         Był dumny z moich historycznych zainteresowań, których efektem było ukończenie studiów historycznych.
     
         Z radością powitał 1989 roku, jednak bardzo szybko zorientował się, iż przełom jest tylko pozorny, a komuniści i ich sojusznicy nadal rządzą w Polsce.
     
         Bardzo cenił premiera Olszewskiego i jednym z ostatnich jego kroków był oddanie głosu na Ruch Odbudowy Polski w wyborach 1997 roku. Ciężko chory na raka zmarł cztery tygodnie po tych wyborach.
     
         Drugi dziadek urodził się w małym miasteczku na Podlasiu. Po ukończeniu szkoły zawodowej wyjechał do Warszawy, gdzie zatrudnił się w fabryce wytwarzającej artykuły gumowe.
     
         Był typowym self-made man’em - szybko wykazał się niezwykłymi zdolnościami technicznymi i przedsiębiorczością i w połowie lat 30. założył z jednym kolegą własne przedsiębiorstwo, wytwarzające artykułu gumowe, w tym dętki i opony do samochodów i motorów.
     
         Fabryczka, znajdująca się na Pradze,  sukcesywnie rozwijała się i w końcu lat 30, zatrudniała sto kilkadziesiąt osób.
     
         Po wybuchu wojny z Niemcami walczył w randze podoficera  m.in. w obronie Warszawy. Wzięty do niewoli po kapitulacji miasta, został – podobnie jak wielu żołnierzy i podoficerów, zwolniony przez Niemców.
     
         Po powrocie do Warszawy reaktywował swoją fabrykę. Z jednej strony część produkcji przeznaczona była dla armii niemieckiej, z drugiej w piwnicach budynków fabryki mieścił się magazyn broni AK.
     
         Dzięki posiadaniu „mocnych papierów” udało mu się wydostać z getta rodziny dwóch swoich pracowników.
     
         Tuż przed wybuchem powstania wywiózł swoją rodzinę pod Warszawę, a sam skupił się na zorganizowaniu skutecznej operacji wydania broni żołnierzom AK.  Powstanie na Pradze szybko upadło,  a on przedostał się do swej rodziny.
     
         W końcu 1944 roku wrócił do Warszawy i odbudował częściowo zniszczone budynki fabryki. Wznowił produkcję wyrobów gumowych przeznaczonych na wygłodniały” rynek. Przedsiębiorstwo szybko rozwijało się, przynosząc znaczne dochody – w 1946 rok został posiadaczem jednego z dwóch mercedesów w Warszawie, będących w prywatnych rękach. Ze swoich środków sfinansował pokrycie dachu częściowego zniszczonego kościoła i klasztoru Bernardynów na warszawskiej Sadybie.
     
         W ramach walki komunistów z prywatną przedsiębiorczością został w końcu 1947 roku aresztowany przez UB, a jego przedsiębiorstwo zostało znacjonalizowane.
     
         Jego żona natrafiła na „uczciwego” ubeka, który za słoik ze złotymi dwudziestodolarówkami, doprowadził do jego zwolnienia po kilku miesiącach  aresztu.
     
         Pracując dorywczo w kilku miejscach dotrwał do „przełomu październikowego”. W końcu 1956 roku założył spółdzielnię produkującą wyroby gumowe.
     
         Spółdzielnia przynosiła coraz większe zyski, co zainteresowało esbeków. Gdy odmówił płacenia haraczu „smutnym” panom,  został w 1959 roku aresztowany pod zarzutem rzekomego niepłacenia podatków.
     
         Po kilkumiesięcznym areszcie, który trwale zniszczył mu zdrowie – nabawił się m.in. astmy, został zwolniony, jednak spółdzielnia została przejęta przez służby.
     
           Po kilku latach założył zakład wytwarzający wyroby gumowe. Zatrudniał kilku swych dawnych pracowników ze spółdzielni. Poprzestał na niewielkiej produkcji, aby znów nie znaleźć się na celowniku SB.
     
          W sobotnie wieczory na brydżu spotykali się u niego podwarszawscy badylarze oraz bracia z pobliskiego klasztoru Bernardynów. Nikt z obecnych nie traktował władzy komunistycznej jako stanu trwałego.
     
         Także u tego dziadka  duże, przedwojenne, lampowe radio zawsze nastawione było odbiór Radia Wolna Europa.
     
        Dopiero po przejęciu władzy przez Gierka, w latach 70. zbudował nowe budynki w Sulejówku, gdzie przeniósł swój zakład. Produkcja szybko rosła, a zakład zatrudniał coraz więcej pracowników – w końcu lat 70.  liczba pracowników okresowo przekraczała 20 osób.
     
        Nie zgodził się przyjąć z rąk komunistów medalu dla uczestników obrony Warszawy, nie starał się także o status kombatanta, nie chcąc nic od komunistów.
     
        Zdrowie coraz bardziej mu szwankowało i w kilka miesięcy po wprowadzeniu stanu wojennego zmarł na niewydolność układu oddechowego.
     
        Mając takich dziadków, nie mogłem nie wynieść z domu wrogości do komunistycznego reżimu.
     
    Dziękuję Wam za to. Cześć Waszej pamięci!
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W ramach akcji prowadzonej przez Romana Hrabara udało się odnaleźć 30 tysięcy polskich dzieci wywiezionych przez Niemców w celu ich germanizacji.
     
          Akcja odnajdywania wykradzionych przez Niemców polskich dzieci i sprowadzania ich do ojczyzny rozpoczęła się zaraz po zakończeniu działań wojennych. Prowadziło ją wiele instytucji międzynarodowych, z Czerwonym Krzyżem na czele, ale nikt nie był w nią tak silnie zaangażowany ani nikt nie miał na swym koncie tylu sukcesów - połączonych rodzin, co Roman Hrabar, urodzony w Kołomyi adwokat, który większość swego życia spędził w Katowicach.
     
          Powołany na stanowisko pełnomocnika rządu do spraw rewindykacji dzieci, przyjął to zadanie za swą życiową misję, robiąc wszystko co tylko możliwe, aby odnaleźć jak najwięcej porwanych dzieci. Adwokat pracował dniami i nocami, jeździł po wielu krajach europejskich, by odnaleźć dzieci siłą wyrwane ze swych rodzin.
     
         To dzięki jego działalności na forum międzynarodowym Zgromadzenie Ogólne ONZ uznało wynaradawianie za zbrodnię ludobójstwa niepodlegającą przedawnieniu.
     
         Hrabar zgromadził ogromne archiwum, a jego  szczegółowe ustalenia, że około dwieście tysięcy polskich dzieci zostało wykradzionych z kraju, a wróciło do niego zaledwie trzydzieści tysięcy, do dziś są aktualne.
     
         Jego działalność została nagle przerwana w 1950 roku. W tym roku Polska Ludowa podpisała z Niemiecką Republiką Demokratyczną „układ o wytyczeniu ustalonej i istniejącej polsko-niemieckiej granicy państwowej”.
     
         Z „zaprzyjaźnioną” Niemiecką Republiką Demokratyczną ze względów dyplomatycznych nie poruszano tematu II wojny światowej, bo z założenia wszyscy jej obywatele potępiali hitlerowską działalność, co oczywiście absolutnie mijało się z prawdą. Z Republiką Federalną Niemiec ludowa Polska nie utrzymywała żadnych kontaktów, więc praktycznie nie istniało żadne forum, na którym można by poruszyć temat porwanych polskich dzieci.
     
         Przerwanie akcji prowadzonej przez Hrabara sprawiło, iż olbrzymia większość porwanych polskich dzieci nigdy nie wróciła Polski.  Udało się odnaleźć tylko niewiele ponad 10% dzieci spośród uprowadzonych z naszego kraju przez hitlerowski aparat władzy, stąd też do dziś w różnych zakątkach świata żyją Polacy, którzy nie mają pojęcia, skąd pochodzą.
     
         Zważywszy na to, iż akcja prowadzona przez Romana Hrabara trwała zaledwie dwa lata,  szacunkowa liczba trzydzieści tysięcy odnalezionych wydaje się imponująca.
     
        Przerwanie operacji zaowocowało także brakiem świadomości Polaków na ten temat . Znacznie i częściej komentowano na różnych forach grabież przez Niemców polskich dzieł sztuki niż kradzież polskich dzieci.
     
         W Niemczech ten temat nie istnieje. Do wyjątków należy  działalność Christopha Schwarza, nauczyciela, historyka z zamiłowania, który po spotkaniu kobiety, która jako polskie dziecko została wywieziona do Szkoły Ojczyźnianej w celu germanizacji, założył stowarzyszenie „Zrabowane dzieci – zapomniane ofiary”.
     
         Zebrał relacje kilkudziesięciu osób, które w dzieciństwie zostały porwane przez Niemców,  próbując pomagać im w uznaniu ich za ofiary III Rzeszy, który to statut uprawnia do otrzymania odszkodowania.
     
         „Los porwanych dzieci to sprawa ogólnych następstw wojny […], dotykał w czasie działań wojennych wielu rodzin i był skutkiem strategii wojennej […]. – napisano w oświadczeniu niemieckiego Ministerstwa Finansów z 2013 roku - Przymusowa germanizacja nie miała w pierwszej kolejności na celu unicestwienia ani pozbawienia wolności jednostki, lecz jej pozyskanie dla własnych korzyści Rzeszy”.
     
         W tym samym czasie Ministerstwo Spraw Zagranicznych stwierdziło: „Nie ma żadnych danych na ten temat, […] z ogólnie dostępnych źródeł […] wynika jednak, że ofiarami porwań i przymusowych adopcji było około 250 dzieci z Europy Wschodniej…”.
     
         Natomiast wedle wyroku wydanego przez Sąd Administracyjny w Kolonii 2 lipca 2018 roku za ofiary nazistów uznać można osoby, które „z powodu swoich społecznych lub osobistych zachowań były prześladowane jako jednostki lub członkowie grup, albo którym z tych powodów została wyrządzona krzywda”.
     
         Zatem zdaniem sądu porwane dzieci nie mają prawa do odszkodowań, gdyż „nie były prześladowane z racji swojego zachowania lub szczególnych cech”.
     
         Działalność Christopha Schwarza sprawiła, iż  w 2017 roku doszło do wspólnej akcji polskiego portalu „Interia” i niemieckiej stacji radiowotelewizyjnej „Deutsche Welle”, zatytułowanej „Zrabowane ndzieci”. W jej ramach rozpoczęto poszukiwania wykradzionych przez Niemców polskich dzieci, które poddawane były procesowi germanizacji.
     
         Następnie w Krakowie zorganizowano pierwszą międzynarodową konferencję naukową poświęconą  w całości temu tematowi.  Opublikowano także książkę „Teraz jesteście Niemcami. Wstrząsające losy zrabowanych polskich dzieci”, ukazał się również film dokumentalny „Zrabowane dzieci”.
     
     
    Wybrana literatura:
     
    Teraz jesteście Niemcami. Wstrząsające losy zrabowanych polskich dzieci,
    A. Lewandowska-Kąkol – Skradziona tożsamość. Polskie dzieci w rękach nazistów
    D. Schmitz-Köster, T. Vankann - Dzieci Hitlera. Losy urodzonych w Lebensborn
    A. Jaczyńska - Sonderlaboratorium SS. Zamojszczyzna — Pierwszy obszar osiedleńczy w Generalnym Gubernatorstwie 1942—1943
    V. Koop - Organizacja Lebensborn. Rozrodcze stajnie Himmlera
    0
    Brak głosów
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0

    Jak wiemy doszło do wałków poprzez niewydawanie kart referendalnych. Wciórności które się dokonały możemy podzielić na kilka stopni:

    1. Pytanie, czy dać kartę do referendum?

    2. Nie wydawanie karty referendalnej, chyba że się wyborca upomni.

    Wszystko to stanowi wałek, czyli oszustwo wyborcze. Oczywiście dokonane przez obóz totalnych, co nie powinno nikogo dziwić. Pisiory zadziwiło. Weźcie popatrzcie na Tuska, na Budkę, na Olejnik, na Jachirę, na Giertycha, na Owsiaka, na Trzaskowskiego, na Jandę… Czy dla nich skręcenie wyborów jest jakimkolwiek problemem? W sensie moralnym? No nie. Wszyscy o tym wiedzieli tylko nie PiS. I teraz nagle elektorat się obudził: protest do sądu piszemy. Po co, jak się nie zbudowało przez 8 lat narracji, że wybory są zagrożone przez totalnych? A są. Mamy tu kolejny przykład modus operandi: najpierw, jak trzeba było reagować to cisza, a jak jest za późno to larum. Sensu w tym nie ma żadnego.

    Przy czym obowiązuje zasada ograniczonego zaufania: skoro w komisji doszło do wałka z referendum, to zakładamy że doszło też do oszustwa wyborczego. Przy czym nie chodzi tu nawet o wpływ na wynik, a o pokazanie, że inaczej nie umieją. Muszą zrobić kant bo to jest taka natura ich. 

    Głęboki kryzys demokracji tam jest widoczny, bo Hołownia nie zapłakał gorzko nad tymi kartami i nie zrobili protestu wyborczego z Kamyszem, domagając się unieważnienia wyboru. 

    Mamy jeszcze punkt 3:

    3. Głosowanie nocne.

    Jeśli ktoś przyszedł do komisji przed 21:00 to ma prawo oddać głos. Wtedy jeden z członków komisji powinien stanąć na końcu kolejki bo jak ktoś przyszedł po 21:00 to już nie może zagłosować. Ale jeśli zabrakło kart i w danej komisji głosowanie przedłużono to może. Więc ja bym to weryfikował. Ale w sytuacji kiedy PiS odpuścił sprawę to nie ma sensu się szarpać. .

    Jutro w Klubie Ronina ma być Jan Parys i ciekaw jestem, co powie. Spodziewam się jego zwykłej sieczki i braku odniesienia się do prawdziwych przyczyn. Otoka-Frąckiewicz tu wskazuje wyraźnie Morawieckiego i Bielana jako winowajców. Bielan powtórzył katastrofalną kampanię 2007 roku, bo to jedyne, co umie. Teraz będzie zdziwienie jak tamci przejmą Polskapresa, Orlen, TVP. Wszystko przejmą. Opowieść Otoki tutaj jest barwna. 

    5
    5 (1)
  •  |  Written by Everyman  |  0

    „Mamy to!” - to pełen entuzjazmu okrzyk Tuska, który usłyszeliśmy po ogłoszeniu sondażowych wyników wyborów. Dla niego i jego wyznawców głosujących na PO oraz akolitów przebierających nogami by czym prędzej dorwać się do władzy to oczywisty powód manifestowanej euforii.

    Dla pozostałych ten okrzyk, którego echo niesie się do dzisiaj, niesie zgoła odmienne skojarzenia i rodzi pytania: kto - ma? Jak również - co mamy?, a zwłaszcza - co będziemy mieli już wkrótce? Zanim jednak pokuszę się o formułowanie jakiejkolwiek prognozy, chciałbym podzielić się wrażeniem – jak sądzę – powszechnym dla zwolenników prawicy.

    Po pierwsze, nie potrafię ukryć zdziwienia z jaką łatwością zwolennikom dotychczasowej opozycji udało się przełknąć tę porcję kłamstw, manipulacji i zwykłych świństw serwowanych podczas kampanii przez ich lidera, jego ludzi i sprzyjających im mediów. Naprawdę trzeba być mocno zaślepionym by nie dostrzec pogardy wyrosłej z czystej nienawiści wobec nas, wyborców PiS, którym Tusk przypisuje, ot, choćby skłonności do chlania i bicia żon. Co gorsza, ten łajdacki zestaw kalumnii jest pomijany przez różnej maści „ekspertów” dywagujących nad przebiegiem kampanii. Myślę, że nie tylko mnie ten aspekt tuskowej strategii upoważnia do postawienia pytania jego klakierom: nie wstyd wam stać za kimś takim?

    Po drugie, moje zdziwienie można rozciągnąć na wymiar wyborczego sukcesu Trzeciej Drogi. O ile można zrozumieć znudzenie niektórych wyborców dość toporną propagandą ekipy rządzącej lub dokonanie wyboru opcji odmiennej od zmagających się w nieustannym klinczu politycznych protagonistów, o tyle zadziwia powierzchowność takiego działania. Czyżby tysięcy wyborców nie irytowała miałkość przywódców tej formacji, w której „tygrysek” rozśmiesza infantylną charyzmą rodem z opowieści o Kubusiu Puchatku, a płaczliwy, bredzący „standuper” budzi zażenowanie? Aż nie chce się wierzyć, że za ich sukcesem może stać zwykła przekora głosujących …

    Po namyśle - nie stać mnie jednak na wiarygodną prognozę bliższej i dalszej przyszłości. Zbyt dużo niewiadomych, zwłaszcza, że cwaniacy z tuskowej koalicji będą mieli w zanadrzu parę garści landrynek rzucanych gawiedzi dopóki te landrynki nie staną im w gardle. A potem, a może już za chwilę, usłyszymy przesławne „piniędzy nie ma i nie będzie”.

    Jedną rzecz natomiast przewidzieć łatwo – tryumfalne gdakanie, które już teraz niesie się w sieci. Tym, którym się wydaje, że przez takie, a nie inne głosowanie weszli do elity i zdobyli bilet wstępu na salony chciałbym pokornie przypomnieć, że choćby nie wiem jak głośno gdakali to „ ko,ko, ko!” to jednak nie „kukuryku”. Jak również, że w każdym kurniku jest jedna kura, która może dziobać wszystkie inne, a jej dziobać nie można, kilka innych, których inne kury postawione w niżej w hierarchii dziobać nie mogą i pozostałe biedne ptaszyska, które są dziobane przez kogo się da. Formowanie hierarchii właśnie się zaczęło …

    A nam, cóż zostało? Jak pisał mądry Janusz Szpotański w operze „Cisi i gęgacze” - nam pozostało gęganie.
    Głowa do góry! Stanisław Jerzy Lec dodaje: „Gdy tysiąc gęsi zagęga, popatrz jaka to potęga!”

    A jakże! Przecież to gęganie  uratowało Rzym ...

     

     

    5
    5 (1)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Organizatorzy rabunku polskich dzieci w celu ich germanizacji nie ponieśli żadnej kary.
     
            Transporty  z polskimi dziećmi przeznaczonymi do germanizacji z Zamościa kierowały się na Warszawę i w kierunku tak zwanych ziem wcielonych do III Rzeszy, na przykład na Pomorze czy Górny Śląsk, gdzie poddawano ich germanizacji.
     
             Niemcy z premedytacją rabowali najmłodsze dzieci, które najlepiej było przystosować do procesu germanizacji. Nieumiejące jeszcze mówić niemowlęta były przejmowane przez niemieckie rodziny, które często nie miały świadomości, że adoptowane dzieci pochodzą z Polski. Natomiast starsze dzieci trafiały do ośrodków przejściowych, w których nie tylko uczono je języka niemieckiego i pod groźbą dotkliwej kary zakazywano mówić po polsku, ale też czyniono wszystko, by zatrzeć pamięć o wcześniejszym życiu.
     
             Dopiero po tym barbarzyńskim procesie polskie dzieci, ze zmienionymi imionami i nazwiskami, sfałszowaną metryką urodzenia, oddzielone od rodzeństwa, były wysyłane do niemieckich rodzin. Ślady zacierano bardzo starannie.
     
             Gorszy los czekał polskie dzieci,  które po przywiezieniu do Niemiec  okazywały się niepodatne na germanizację. Część zatrudniano w niemieckim rolnictwie, inne wysyłano do obozów koncentracyjnych, jeszcze inne odsyłano do okupowanej Polski do domów dziecka.
     
             Kierownictwo Lebensbornu było przekonane, dzieci, które  nie dostosowywały się do stawianych im wymagań, wciąż mówiły po polsku, próbowały uciekać, gdy dorosną, staną się zagrożeniem dla narodu niemieckiego. Tylko oderwanie ich od „zepsutych” korzeni mogło w jakiś sposób temu zapobiec.
     
            Po wojnie, przy komunistycznym ministerstwie spraw społecznych, utworzono specjalny referat, który miał zajmować się rewindykacją zrabowanych przez Niemców polskich dzieci. Na czele referatu stanął adwokat Roman Hrabar, który prowadził akcję poszukiwawczą w Niemczech w latach 1947—1950, jednak nie znalazł dzieci zrabowanych z Zamojszczyzny. Duża część z nich uległa pewnie zniemczeniu, tropy do nich zatarto, a pamięć skutecznie „wyczyszczono”. Niemcy skrupulatnie zniszczyli także wszelką dokumentację dotyczącą tego zbrodniczego procederu.
     
            Zniszczenie dokumentacji Lebensbornu sprawilo, iż niemieccy sprawcy zbrodniczego procederu porywania polskich dzieci nie zostali osądzeni.
     
           Pierwsza próba ich osądzenia miała miejsce pomiędzy 10 października 1947 roku a 10 marca 1948 roku, w ramach ósmego cyklu procesów norymberskich odbywających się przed I Amerykańskim Trybunałem Wojskowym. W stan oskarżenia postawiono wówczas czternastu wysokich funkcjonariuszy organizacji SS, którzy przewodniczyli czterem instytucjom realizującym narodowosocjalistyczne  programy rasowe.
     
            Znalazł się wśród nich Lebensborn, którego kierownictwo (Max Sollmann – szef naczelny, Gregor Ebner – szef departamentu zdrowia, Günther Tesch – szef departamentu prawnego, Inge Viermetz – zastępczyni szefa głównego, odpowiadająca za adopcje) zarzicono popełnienie zbrodni przeciwko ludzkości i przynależność do zbrodniczych organizacji.
     
            Podczas kilku posiedzeń sądowych, w niektórych zeznawały również dzieci, obrona zbrodniarzy starała się uwypuklać fakt, iż dzieci adoptowane przez niemieckie rodziny były dobrze traktowane. Kres takim tłumaczeniom położył jeden z prokuratorów, Harold Neely, twierdząc: „Nie stanowi to obrony kidnapera, jeśli mówi, że traktował dobrze swoją ofiarę. Ważniejsze jest, dlaczego były one dobrze traktowane. Odpowiedź jest prosta: te niewinne dzieci uprowadzono do wprzęgnięcia ich w hitlerowską ideologię, za pomocą której mieli być wychowani dobrzy Niemcy. Jest to okoliczność obciążająca, a nie łagodząca zbrodnię […]”. 
     
            Nie przekonało to jednak sędziów Trybunału, który wydali wyrok, który zbulwersował dużą część opinii publicznej. Trzech szefów Lebensbornu uznano wyłącznie winnymi przynależności do organizacji zbrodniczej SS, otrzymali oni wyroki po dwa lata więzienia, mierzone od chwili aresztowania, więc już zaliczone, a Inge Viermetz uniewinniono. Lebensborn uznano zaś za instytucję dobroczynną.
     
           W lutym 1950 roku kierownictwu Lebensbornu wytoczono proces przed niemieckim Trybunałem Denazyfikacyjnym w Monachium. W  jego orzeczeniu stwierdzono, iż Trybunał nie może zgodzić się z ustaleniami Amerykańskiego Trybunału Wojskowego w Norymberdze wskazującymi na to, że szefowie Lebensbornu są niewinni i że organizacja prowadziła działalność czysto charytatywną. Uznano ją za instytucję zbrodniczą, a jej kierownictwo (siedem osób) winne zarzucanych mu czynów. Kary na które skazano członków kierownictwa Lebensbornu były jednak symboliczne (przymusowe prace, które zresztą umorzono ze względu na długi areszt tymczasowy przed procesem norymberskim, i częściowa konfiskata mienia).
     
            Działania nazistowskich funkcjonariuszy w dziedzinie rabowania i germanizacji dzieci z podbitych krajów były sprzeczne nawet z prawem obowiązującym w III Rzeszy. Jednak Lebensborn funkcjonowało w ramach organizacji SS rządzącej się własnymi normami postępowania. Zdarzało się, że ustalenia były telefoniczne i krótka notatka z rozmowy stanowiła podstawę prawną do określonego działania. Tajne biura meldunkowe lub fałszywe urzędy stanu cywilnego wystawiały fikcyjne metryki.
     
            Całkowicie uniezależniono stowarzyszenie od organów sądowych. Gdy procedura adoptowania dziecka wymagała decyzji sądu, żaden sędzia nie odważył się wchodzić w szczegóły sprawy, prześledzić na przykład przeszłości adoptowanego, tylko automatycznie ją akceptował na podstawie danych przedstawianych przez funkcjonariuszy SS, które posiadały moc najrzetelniejszego dowodu.
     
            Przez trzynaście lat, od 1993 do 2006 roku, trwało śledztwo w sprawie eksterminacyjnej działalności niemieckiego personelu zakładu w Wąsoszu koło Rawicza. Mimo iż bez cienia wątpliwości stwierdzono, że polskie dzieci tam przebywające poddawane były systematycznemu unicestwianiu, ze względu na niewykrycie sprawców tej zbrodni dochodzenie umorzono.
     
    CDN.
    0
    Brak głosów
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    W ramach operacji wysiedlenia Polaków z Zamojszczyzny Niemcy wywieźli w celu germanizacji dziesiątki tysięcy polskich dzieci.
     
          Wkrótce po zakończeniu wojny z Polską Niemcy uzyskali od swych sowieckich sojuszników zgodę na przesiedlenie z obszaru Związku Sowieckiego żyjących tam potomków Niemców etnicznych. „Odzyskana niemiecka krew” miała zostać zaszczepiona między innymi na Zamojszczyźnie, jednym z obszarów mających zapewnić Niemcom przestrzeń życiową, a z III Rzeszy uczynić państwo czyste rasowo oraz ekonomicznie i rolniczo samowystarczalne.
     
          Pomimo ugrzęźnięcia na przełomie 1941 i 1942 roku Wehrmachtu w Rosji Sowieckiej, której pokonanie miało umożliwić realizację planów kolonizacyjnych, Himmler nie zamierzał dalej czekać z rozpoczęciem swych planów przesiedleńczych.
     
          Operację zaplanowano rozpocząć od Zamojszczyzny, gdzie znajdowały się bardzo żyzne gleby, a Zamość i jego okolice były terenem, na który pod koniec XVIII wieku Habsburgowie sprowadzili kolonistów z Lotaryngii i Alzacji.
     
          Latem 1941 roku Niemcy wysłali na Zamojszczyznę ekspedycję naukową, której zadaniem było  zorientowanie się, na ile są trwałe związki potomków dawnych kolonistów niemieckich z kulturą i językiem niemieckim. Okazało się, że właściwie one nie istnieją. Potomkowie kolonistów czuli się Polakami, nie kultywowali języka ani kultury niemieckiej. W raporcie sporządzonym dla Odilo Globocnika, dowódcy SS w dystrykcie lubelskim, napisano wprost, że przypadki odnalezienia „Niemców” są incydentalne, co niewątpliwie było dla niego ogromnym rozczarowaniem.
     
          W tej sytuacji Globocnik rozkazał wytypować osiem  tysięcy mieszkańców, którzy mieli związki z dawnymi niemieckimi osadnikami. Zostali oni następnie poddani intensywnej regermanizacji.
     
          Podczas wizyty Himmlera w lipcu 1941 roku w Zamościu podjęto decyzję, że Zamojszczyzna stanie się obszarem doświadczalnym, polem próbnej realizacji planu wysiedleń i kolonizacji. Himmler był pod wrażeniem Zamościa, miasta zbudowanego pod koniec XVI wieku przez Jana Zamoyskiego według renesansowych założeń włoskiego cita ideale. Zdaniem Reichsführera SS miasto było doskonałym miejscem dla elity SS, która według zamierzeń Himmlera miała stanowić większość mieszkańców Zamościa.
     
          Zarządzono całkowitą rewitalizację miasta — zaplanowano nawet odbudowę rozebranych częściowo murów obronnych, które oparły się najazdowi szwedzkiemu w XVII w. Ambicje Reichsführera SS sięgały jednak dalej. Zapragnął, by Zamość stał się Himmlerstadtem — Miastem Himmlera. Ostatecznie zrezygnowano ze zmiany nazwy, gdyż przecież sam Führer Adolf Hitler nie miał „swojego” miasta.
     
           W listopadzie 1941 roku Niemcy przeprowadzili tak zwane sondażowe przesiedlenia Zamojszczyzny. Wówczas wysiedlono kilka wsi (w sumie około tysiąca osób) wokół Zamościa.  Przez jakiś czas byli oni przetrzymywani w prowizorycznych miejscach odosobnienia, a później Niemcy ich wypuścili, jednak wypędzeni Polacy nie mieli jednak prawa powrotu do swoich domów, a na ich miejsce sprowadzeni zostali tak zwani Niemcy etniczni.
     
         Sondażowe wysiedlenia pokazały Niemcom, jak usprawnić machinę wysiedleńczą. W międzyczasie zorganizowano obóz dla przesiedleńców, przystosowując do tego obóz dla jeńców sowieckich w Zamościu, który znajdował się przy zbiegu dzisiejszych ulic Piłsudskiego i Okrzei.
     
         Jednocześnie zadecydowano, że akcje przesiedleńcze przeprowadzą różne niemieckie formacje: żandarmeria, policja, Wehrmacht, ale również ukraińska policja pomocnicza.
     
         W nocy z 27 na 28 listopada 1942 roku ruszyła fala właściwych wysiedleń, którą Niemcy określili mianem Aktion Zamość. Na pierwszy ogień poszła wieś Skierbieszów i okoliczne miejscowości.
     
         Wysiedlenia trwały nieprzerwanie do końca grudnia 1942 roku. Ich druga faza przebiegała od połowy stycznia do połowy marca 1943 roku i wówczas wypędzono z domów głównie mieszkańców powiatu hrubieszowskiego. Wreszcie, w trzeciej fazie wysiedlenia, od 24 czerwca do połowy sierpnia 1943 roku, wysiedlano głównie wsie w powiecie biłgorajskim. Szacuje się, że wówczas z domów zabrano do 60 tysięcy Polaków.
     
         Najpierw wieś otaczał kordon niemieckich jednostek, który się zacieśniał, a później do każdej chaty podchodził niemiecki oddział. Mieszkańcy mieli około 20 minut, by spakować podręczny bagaż i opuścić dom.
     
         Niemcy i pomagający im ukraińscy policjanci, jak wynika ze wspomnień wysiedlanych — często pijani, z barbarzyńską bezwzględnością wyrzucali polskie rodziny z domów. W razie protestów czy próby ucieczki, żołnierze bez wahania strzelali do Polaków.
     
         Aby ułatwić sobie „pracę”, Niemcy oddzielali mężczyzn od kobiet i dzieci. W ten  sposób uniemożliwiali ojcom obronę dzieci, mężom wsparcie żon. Wyrzuconych z domów spędzano w jedno miejsce, a następnie ładowano na furmanki czy do samochodów i wywożono do obozu przesiedleńczego w Zamościu, gdzie przeprowadzano „rasową” selekcję.
     
         Zgodnie z  tajnymi wytycznymi Obersturmbannführera Hermanna Krumeya w sprawie klasyfikacji wysiedleńców w obozie w Zamościu, Niemcy segregowali wygnanych z domów Polaków na cztery kategorie.
     
         „Polacy zaliczeni do grupy I i II zostaną skierowani (...) – napisano w nich - po przejściu przez obóz oddziału Głównego Urzędu Rasy i Osadnictwa w Łodzi (...) do Rzeszy celem ponownego zniemczenia. Spośród rodzin i osób zaliczonych do grupy III wybierze się ludzi zdolnych do pracy (z pominięciem niezdolnych do pracy członków rodzin) i specjalnymi pociągami przewiezie się na roboty do Berlina, po wyłączeniu wszakże niezbędnych sił roboczych dla powiatu zamojskiego. Rodziny cieszące się opinią dobrze i najlepiej gospodarujących powinny być oddzielone i zatrzymane w celu obsadzenia nimi gospodarstw scalonych. Osoby niezdolne do pracy, należące do grupy III, wszystkie dzieci do lat 14 z grupy III i IV oraz wszystkie osoby w wieku powyżej 60 lat przewiezione zostaną specjalnymi pociągami do tzw. wsi rentowych. Rodziny i osoby zaliczone ze względu na wartość rasową do grupy IV przekazane zostaną jako siła robocza do Brzezinki”.
     
         Do tych czterech kategorii wysiedlani mieli być przydzielani po zbadaniu w zamojskim obozie przez specjalną komisję lekarską. Komendant obozu, którym początkowo był wspomniany Krumey, wyznaczył do segregacji rasowej niejakiego Riela, którego nazywano ”Doktorem”. W procederze pomagał mu sadystyczny członek załogi Grunert, zwany ”Kanarkiem”, zapamiętany wraz z późniejszym komendantem obozu Arturem Schutzem jako najbardziej bestialski z Niemców w Zamościu.
     
         „Za bramą obozu przeprowadzano pierwszą segregację, oddzielając dzieci od kobiet. Z relacji i wspomnień wiemy, że dochodziło tam do dantejskich scen — opowiada Agnieszka Jaczyńska. — Matki i opiekunki nie chciały oddawać dzieci. Jeżeli w pobliżu byli mężczyźni, to wyrywali się, by bronić rodzin. To kończyło się zawsze ingerencją strażników i bardzo brutalnymi scenami. Wszystko to przy odgłosach płaczu i krzyku dzieci. Dla najmłodszych była to dodatkowa trauma. Dzieci, wciągnięte w wir bezwzględnej morderczej machiny, widziały bezradność i rozpacz rodziców”
     
          Kolejny dramat czekał wysiedlone rodziny w budynku obozowej administracji, gdzie obradowała  wspomniana komisja lekarska, przydzielająca symbole: WE oznaczało skierowanie do ponownego zniemczenia, AA — pracę na terenie Rzeszy, RD — skierowanie do wsi rentowych, AG — zatrudnienie w Generalnym Gubernatorstwie, a KL — obóz Auschwitz-Birkenau.
     
         W trakcie badań wyławiano dzieci, które posiadały cechy rasy nordyckiej. Dzieci były badane pod kątem wyglądu zewnętrznego, budowy czaszki, rozstawu oczodołów, koloru włosów i oczu. Te w odpowiednim wieku były kwalifikowane do germanizacji. Dzieciom zawieszano na szyi drewniane tabliczki, na których znajdował się symbol Ki (Kinderaktion) i dodatkowo nadawano im numery. Takie dzieci były bezwzględnie odseparowywane od rodziców, a później wywożone do Rzeszy.
     
    CDN
    0
    Brak głosów
  •  |  Written by Smok Eustachy  |  0

    Konfederacja

    Konfederacja liczyła na napływ elektoratu niezadowolonego z rządów PiS i z opozycji opozycji totalitarnej. PiS z kolei prowadził tzw politykę Wokulskiego i liczył na przejęcie elektoratu Konfederacji. Elektorat ten miał otrzymać kasiorkę, np. 500+ i inne rozwiązania dla młodych. Miał zobaczyć że to PiS skutecznie broni polskich interesów w Unii Europejskiej, a Solidarna Polska to już w ogóle. No nie pykło. PiS dlatego, podobnie jak opozycja sekował Konfę, był np. zakaz podpisywania się pod projektami Konfy, a rozwiązania tam proponowane przepychał pod swoją marką. Jako swoje pomysły. Co szkodziło kaczystom raz na jaki czas przyjąć projekt Konfy, i tak sie to zmienia na komisjach itp.? No nic.

    Konfederacji mocno zaszkodziły różne akcje Korwina, jedzenie psów, itp. Było to nie do przyjęcia dla nowego narybku. Poszedł on do Hołowni, który tylko płakał nad konstytucją. Mimo wszystko mamy wzrost tego ugrupowania, które przez 4 lata nie zabezpieczyło sobie kandydatów na listy. Weszła jednak Karina Bosak zamiast Korwina. Nie jest to czymś nieoczekiwanym:

    W Polsce powszechne jest oczekiwanie partii wodzowskiej. Każda partia musi mieć wodza który poprowadzi. Wymagane prawem rozwiązania są fikcją. Kult wodza Tuska przekroczył w kampanii wszystko, co pisowce uczyniły z Kaczorem. Logicznym jest zatem powstanie partii klanowej: nie sam wódz ale razem z krewnymi i znajomymi: skoro Bosak jest super wódz to jego żona też pewnie jest fajna i na nią warto głosować. Tylko ona jest w ciąży i w związku z tym padnie ofiarą histerycznych ataków razemek, co może się skończyć tragedią. Jak jesteś kobietą to nikt tak cię nie zbluzga, nie zwyzywa, zgnoi, jak aktywistka walcząca o prawa kobiet, o ich godne traktowanie.

    Polska Jest Jedna i Bezpartyjni Samorządowcy

    O tych ugrupowaniach nic nie wiem, czy one czasem nie przejęły około 4 procent elektoratu PiS, zirytowanego lewackimi ekscesami partii rządzącej? Przynajmniej PJJ? To by tłumaczyło sekret słabszego wyniku. Jeśli premier Morawiecki wychodzi na debatę sam przeciw wszystkim to czyja jest wina? Że nie zapewnił sobie sojusznika? 

    Problem tu też jest taki: w obliczu jakiegoś porozumienia najpierw trwa akcja wzmacniania swojej pozycji: partnerzy bluzgają na siebie, wyciągają szczury z szafy itp. Aby zapewnić sobie lepszą pozycję. Z PiSem się tak nie da bo wpada on w tryb wzmożenia: powiedział! O mnie źle powiedział!, obraził!, aaaa jestem ofiara. *

    Platforma Obywatelska 

    Niesłuszne są oczekiwania zadymy związanej z ewentualną koalicją. Na razie Tusk boi się powierzenia misji tworzenia rządu Morawieckiemu, bo mandat posła jest wolny i może se on robić co chce. Co najwyżej możesz se za 4 lata na niego drugi raz nie zagłosować. Morawiecki może wyjąć zatem 20 posłów i się zrobi przykro. Warto, żeby ktoś przypominał o tym totalitarnym na każdym kroku. Pojawiające się wyliczenia tyczące przyszłej koalicji są o tyle słabe, że należało by raczej liczyć skutki nie wzięcia udziału w głosowaniu i zmniejszenia kworum. Elektorat totalitarny też jest zawiedziony, bo spodziewa się szybkiego działania na rzecz konkretnych ustaleń a nie negocjacji i przeciągania. Przy czym PO zajmie się w pierwszym rzędzie exterminacją symetrystów. Mylne są nadzieje red. Ziemkiewicza związane z Kosiniakiem-Kamyszem. Nie zrobi on nic z tego, o co go ów redaktor posądza. Tusk ma zaś inne problemy: w ramach zasady „żeby było tak jak było” będzie musiał uruchomić lewe cysterny i mafię vatowską. I zrekompensować im 8 lat postu. Czy ja dobrze liczę, że przy 10 miliardach miesięcznie się robi tu bilion złotych samych zaległości? Nie upieram się przy tej kwocie. Nie da rady tego pogodzić z utrzymaniem świadczeń, dlatego będą musiały być cięcia. Obietnice które składał w kampanii nie będą realizowane. Nie będzie 2 miliardów na onkologię, nie pojechał odblokować KPO w poniedziałek. Wyciąganie mu tych obietnic ma charakter humorystyczny, bo jego elektorat oczekuje takich działań właśnie (nie spełniania obietnic bo są to metafory). Podobnie publikacje takie jak Reset nie zmienią preferencji elektoratu PO, bo on mniej-więcej o tym wiedział. Tyle, że jest za. Funkcjonariusze PiS tego nie rozumieją, co nie powinno dziwić. Wszelakie kalkulacje pisowców zakładające że będą jeszcze jakieś wolne wybory są tez błędne. Jak powstanie koalicja populistyczna PO-PSL-Hołownia-Lewica to koniec marzeń.

    Tusk tu będzie zarządzającym i jego główną troską będzie utrzymanie swojego monopolu na kontakty z Berlinem. Groźne są tu razemki, które mogą jeździć za jego plecami skarżyć na niego. Nawyku donosicielstwa nie wyplenisz od razu. Będzie musiał wysyłać je do kąta i każe im klęczeć na grochu i spokój. Generalnie Tusk będzie łaził z batogiem i lutował profilaktycznie koalicjantów i swoich. Czekają nas rządy gnybka.

    Trzecia Droga

    Trzecia Droga jest przykładem dobrego etykietowania. Dzięki swojej nazwie zebrała głosy nie chcących dalszych rządów PiS, ale nie chcących również powrotu do czasów mrocznych rzędów PO. Chociaż oczywiście jest częścią obozu Targowicy to sprawia wrażenie, że godzi w duopol PiSPO. I poskutkowało napływem centrowego elektoratu zniechęconego kosztem Konfederacji. Dalej zakładam, że się podzielą i powstaną 2 kluby: PSL i Hołownia. Hołownia zapowiada już likwidację rozdawnictwa , co nie może dziwić. Libki nie są jednak co do zasady przeciw rozdawnictwu. Za za rozdawaniu lewym cysternom, mafii vatowskiej itp. Spytajcie się Balcerowicza. A jak kasa zostaje wytransferowana z Polski i idzie na zasiłki w Niemczech to w ogóle super. Już zapowiedzieli likwidację 13 i 14 emerytury, i to jest początek drogi.

    Podstawowym problemem 3D będzie to, że nie mają nic do gadania, bo muszą realizować unijną agendę, a od tego są razemki. Hołownia, który niedawno był szpiegiem Opus Dei i Kałownią nie będzie tu miał nic do gadania. Wejdą do koalicji populistycznej i będą firmować tuskowe metafory bez szemrania.

    Lewica

    Lewica straciła mandaty ale z tego co słyszę to jej hunwejbini przejąli klub. Razem przejęło i wygryzło starych komuchów. Grupa działająca razem i w porozumieniu z łatwością przejmie większą organizację, która nie ma świadomości i się nie broni. Obejrzyjcie sobie film jak królowa czerwonych mrówek przejmuje mrowisko czarnych mrówek: wdziera się, morduje czarną królową i zajmuje jej miejsce. Siłą Lewicy będzie możliwość szukania wsparcia w Berlinie i Unii. Dostanie edukację i się zacznie dokazywanie. Będzie jednak bezproblemowym składnikiem koalicji.

    Nie dajcie się zwieść liczbie koalicjantów: 11. Ci mniejsi nie będą mieli nic do gadania i nie dostaną stanowisk ministerialnych. Ci więksi będą sterroryzowani koniecznością obalenia kaczyzmu.

    Przypisy:

    * PiS prowadzi marketing wyborczy według zasady, którą nazywam strategią Wokulskiego. Stara się pokazać jaki jest skuteczny, szczodry. Realizuje swój program, jako pierwsza partia w historii. Wykazuje sprawczość. Te punkty, według logiki PiS, zapewnią sukces wyborczy. Wokulski to zbuduje Izabeli kolejny tunel albo przekop, to otworzy kluczową autostradę /…./. Izabela Łęcka gwiżdże na umizgi leszcza Wokulskiego i gzi się po kątach z kuzynem cwaniakiem, bo leci na jego udawany angielski akcent.

    https://medium.com/@przeszpieg/pis-przegrał-312f1777b27e

    5
    5 (1)
  •  |  Written by karlin  |  0
    Pisałem o tym, dość emocjonalnie, już w 2018 roku. Teraz pozostaje tylko rozszerzona rekapitulacja do wpisu na tablicę nagrobną.

    Rodzicami obecnej klęski Polski, bo wszyscy wiemy, że nie o PIS tutaj chodzi, są Andrzej Duda i ulegający mu niemal we wszystkim Jarosław Kaczyński. Tak, wiem, to jest z pewnością patriota i człowiek bardzo odważny, nie mam wątpliwości, że w sytuacji skrajnego zagrożenia potrafiący zaryzykować osobiście wszystko. Właśnie, osobiście. Gdyż w sferze polityki zwolennik niekończących się kompromisów. I o ile może to być pomocne przy zdobywaniu władzy, o tyle przy jej sprawowaniu kultywowanie niektórych, gnijących latami, prowadzić może do katastrofy, z jaką obecnie mamy do czynienia.
     
    Bo nieustanne weta PAD wobec jakichkolwiek prób rzeczywistych zmian w fundamentach post komunistycznego, usłużnego i podatnego wobec wszelkich nacisków z zagranicy państwa, to jedno. Ale największą zbrodnią tego, mającego chyba dość luźny związek z Polską, człowieka i największym błędem PJK było usunięcie ze stanowiska premiera Beaty Szydło. To na jego żądanie zastąpiono tę stanowczą, bezpośrednią kobietę ulizanym korpo szczurem z krzywym uśmieszkiem, roztaczającym wizję Gierka-bis i dogadywania się z UE oraz Niemcami, w ostatnich latach już niemal za wszelką cenę (sławne "za reformę sądownictwa nie będę umierał"). Jakby ktoś zapomniał, że banksterowi większość polskiego społeczeństwa nigdy nie zaufa. Tak, tak, znam „sondaże” zaufania sondażowni, która kilka dni temu przewidywała wynik PIS na poziomie 42%.

    Powiecie, że PJK nie miał wyjścia? No to zobaczmy. Twierdzę, że to tylko dzięki BS i pamięci o jej rządach PIS wygrał wybory w 2019 r. Podczas tych do PE BS dostała rekordową liczbę ponad 525 tys. głosów, a PIS uzyskał rekordowy wynik. Nawiasem, wywalony do PE po "aferze" z ustawą IPN Patryk Jaki także uplasował się w ścisłej czołówce, 6 miejsce z ponad 258 tys. głosów. W parlamentarnych, choć także wygranych, było o kilka pkt. procentowych gorzej, bo BS była już w Strasburgu.

    I teraz najważniejsze. Gdyby BS została na stanowisku premiera, to w wyborach parlamentarnych 2019 r., mimo jazgotu i oporu PAD, PIS mógłby nie tylko wygrać, ale nawet osiągnąć wynik pozwalający na liczbę mandatów zdolnych powstrzymać prezydenckie weta.

    Dodajmy do tego, że kampania nienawiści, jaką rozpętał Tusk i jego banda, wobec kobiety sprawdzała by się znacznie gorzej, a nawet mogła by być przeciw skuteczna.

    Tak, to już jest przeszłość, z której niewiele wynika, gdyż kolejne wybory w sfederalizowanej UE oraz spacyfikowanej i zniszczonej Polsce, i tak nie będą już miały żadnego znaczenia. Pozostaje gorycz straconej szansy.

    Ilustracja:https://www.edweek.org/policy-politics/election-guide-2022-k-12-issues-a...
    3.5
    3.5 (2)
  •  |  Written by Godziemba  |  0
    Niemiecka organizacja Lebensborn koordynowała operację rabunku i germanizacji tysięcy polskich dzieci w czasie II wojny światowej.
     
           Oficjalnie Lebensborn, jako stowarzyszenie społeczno-dobroczynne, powołano do życia w Berlinie na początku 1936 roku, a jego szefem został Standartenführer SS Max Sollmann. Motto organizacji: „Święta nam będzie każda matka dobrej krwi”, sygnowane zostało przez Himmlera. W preambule statutu zaznaczono, iż  „Lebensborn stanowi część składową SS i podlega bezpośrednio Reichsführerowi SS, który nadaje mu kierunek światopoglądowy […]. Zadania instytucji leżą w dziedzinie demograficzno-politycznej. […] Lebensborn ma popierać jak największą liczebność dzieci w organizacji SS, przychodzić z pomocą każdej matce i każdemu dziecku dobrej krwi […]”.
     
          Eksperci SS podjęli się zadania określenia  owej „dobrej krew” , biorąc pod uwagę: wzrost, budowę, postawę, długość kończyn dolnych, kształt głowy, potylicę, kształt twarzy, nozdrza, wysokość nosa, szerokość nosa, kości policzkowe, położenie oczu, szparę powiekową, układ fałd oczu, wargi, policzki, linię zarostu włosów, owłosienie ciała, kolor włosów, kolor oczu, kolor skóry.
     
          Każda z wymienionych cech szeregowana była w pięciu odmianach, od bardzo wysokiej i silnie występującej po bardzo małą i występującą sporadycznie. O skrupulatności przeprowadzanych badań świadczą takie orzeczenia, jak: „Górna część nosa odpowiada innemu typowi rasowemu aniżeli część dolna” albo: „Typ mieszany, nordycko-walijsko-wschodnio-bałtycki”.
     
          Początkowo przynależność do Lebensbornu dla członków SS była dobrowolna, ale wraz z nastaniem 1942 roku stała się obowiązkowa dla wyższych rangą oficerów. Wysokość składek uzależniono od ich stanu cywilnego i liczby potomstwa. Najwyższe płacili kawalerowie, których obarczano winą za niewypełnianie obowiązku powiększania niemieckiej populacji.
     
         Do ośrodków Lebensbornu przyjmowano matki „dobrej krwi”, które poza ww.badaniami poddawano także testom psychologicznym w okresie ciąży, porodu i poporodowym. Najczęściej matki opuszczały zakład, pozostawiając w nim dziecko na zawsze czyli zgadzając się na jego adopcję..
     
          Ambicją Lebensbornu było wychowanie dzieci w duchu idei narodowosocjalistycznych. Do tego zobowiązano również matki wychowujące swoje dzieci. W czasie ciąży szkolono je intensywnie w tej materii, a po porodzie organizowano ceremonię uroczystego nadania dziecku imienia, na wzór chrztu. Przydzielany wówczas  ojciec chrzestny miał dawać gwarancję „pozytywnego” procesu wychowawczego.
     
          Nie przywiązywano przy tym wagi do stanu cywilnego matek, dużą część kobiet w ośrodkach Lebensbornu stanowiły panny i mężatki, którym przydarzyła się ciąża pozamałżeńska.
     
          Te proprokreacyjne działania były odpowiedzią na ogromną liczbę aborcji dokonywanych wówczas w Rzeszy i związane były także z wojennymi planami narodowych socjalistów. Według Generalnego Planu Wschodniego, opracowanego na zlecenie Himmlera przez niemiecką administrację, na przestrzeni dwudziestu lat z Europy Środkowej zamierzano wysiedlić od trzydziestu do pięćdziesięciu milionów mieszkańców, a ich miejsce zająć mieli tak zwani etniczni Niemcy. Część z nich stanowiliby przesiedleńcy z terenów III Rzeszy, a resztę planowano „odnaleźć” w ramach akcji „odzyskiwania krwi niemieckiej” w krajach podbitych, w tym w Polsce.
     
          W sierpniu 1941 roku  namiestnik Rzeszy w „Kraju Warty”, Arthur Greiser, zobowiązany został przez szefostwo Urzędu do Spraw Umacniania Niemczyzny do rozpoczęcia akcji germanizowania polskich dzieci.
     
           Postępowaniem objęto różne grupy dzieci, lecz na początku  sieroty przebywające w domach dziecka albo w rodzinach zastępczych.
     
           Cały proces składał się z szeregu etapów. Po rejestracji dziecka i zgłoszeniu go do Urzędu do Spraw Rasy i Osadnictwa w Łodzi odbywały się badania zdrowotne i rasowe. Badania psychologiczne miały miejsce w jednym z zakładów germanizacyjnych, już po uprowadzeniu, odłączeniu od rodziny. Od wyniku kwalifikacji zależało, czy dziecko trafiało pod opiekę jakiegoś ośrodka Lebensbornu, a potem do rodziny niemieckiej, najczęściej przekonanej o tym, że zabiera do domu sierotę niemiecką, czy też odsyłano je do jednej ze Szkół Ojczyźnianych – dotyczyło to dzieci starszych – której zadaniem, oprócz nieustającej nauki języka niemieckiego, była indoktrynacja światopoglądowa.
     
          Pieczołowicie dbano o zatarcie wszelkich śladów pochodzenia skradzionych dzieci. Służyło temu tajne biuro meldunkowe, utworzone między innymi przy Okręgowym Domu Dziecka w Kaliszu.
     
         „Należy liczyć się z faktem, że krewni i znajomi będą próbować różnych sposobów, by określić miejsce pobytu i znaleźć dzieci. – napisano w utajnionym zarządzeniu ministra spraw wewnętrznych III Rzeszy z 10 grudnia 1942 roku -  Takie poszukiwania są możliwe poprzez złożenie wniosku w policyjnym biurze meldunkowym. Tym sposobem obrany wcześniej cel, jakim jest germanizacja dzieci, staje się zagrożony […]. Z tego powodu zarządzam zorganizowanie dla wspomnianego Gaukinderheimu specjalnego policyjnego biura meldunkowego […]. Całą kwestię należy potraktować jako poufną i powstrzymać się od wszelkich publikacji […]” .
     
         Dzieciom zmieniano imiona i nazwiska, ale  tak, by ich brzmienie przypominało prawdziwe, dostosowane do autentycznych źródłosłowów. Najczęściej pozostawiano pierwsze litery, dodając niemiecką końcówkę. Chodziło o to, by w przyszłości dwa nazwiska zlały się w pamięci dziecka w jedno i by to pierwsze poszło w zapomnienie. Nieznacznie modyfikowano również datę urodzenia.
     
         Podobnie działający urząd powołano również przy zakładzie „Alpenland” w Oberweis w Austrii, gdzie przebywała duża grupa polskich dzieci.
     
         Duża liczba germanizowanych polskich dzieci pochodziła od kobiet wywożonych do Niemiec na przymusowe roboty. Gdy ciężarna wykazywała cechy aryjskie, poddawano ją szczegółowym badaniom rasowym. Ich pozytywny wynik sprawiał, iż o zawłaszczeniu dziecka decydowano, gdy znajdowało się ono jeszcze w łonie matki. W ostatnim stadium ciąży umieszczano kobietę w jednym z zakładów Lebensbornu, po rozwiązaniu jak najszybciej odsyłano z powrotem do pracy, a niemowlę zatrzymywano.
     
          Robotnice uznane za rasowo wartościowe przymuszano także do kontaktów seksualnych z wyselekcjonowanymi oficerami SS lub innych niemieckich formacji wojskowych. W takim wypadku dziecko albo pozostawało w dyspozycji Lebensbornu, albo przyznawano je ojcu.
     
          W przemówieniu Himmlera na temat narodów słowiańskich, wygłoszonym w Bad Schachen we wrześniu 1943 roku, wskazał, iż „jest jasne, że w tej mieszaninie narodów zawsze pojawiać się będą pewne typy bardzo dobre pod względem rasowym. W tym wypadku naszym zadaniem jest zabrać ich dzieci do nas i oderwać od środowiska, choćbyśmy mieli dzieci te ukraść. Albo zdobędziemy dobrą krew, którą możemy spożytkować u siebie i wprzęgnąć w nasze szeregi, albo – moi panowie, możecie to nazwać okrucieństwem, ale natura jest okrutna – zniszczymy tę krew… Nie może ona znajdować się po stronie naszych wrogów […]”.
     
    CDN.
    5
    5 (2)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Mama Łukaszka przechodziła obok sklepu zoologicznego na osiedlu i zaciekawił ją napis na szybie "złote zwierzątka spełniające życzenia". Weszła do środka. Za ladą siedział jakiś znudzony chłopak.
    - Czy one naprawdę spełniają życzenia? - spytała podekscytowana.
    - Tak, proszę pani.
    - I macie je jeszcze na sprzedaż?
    - Tak, proszę pani.
    Mama rozejrzała się podejrzliwie.
    - Nie wierzę. Przecież tu powinien kłębić się tłum ludzi. Dlaczego tu nikogo nie ma?
    - Bo nikt w nie nie wierzy. To znaczy: prawie nikt - poprawił się chłopak. - Mieliśmy tylko dwa złote zwierzęta dzisiaj: kota i rybkę. Tylko dwie panie zainteresowały się kotem i go kupiły. A tak nikt. Ludzie owszem, wejdą, spytają, wzruszą ramionami i mówią tak jak pani. Że gdyby to była prawda, to byłby tu tłum. Ale nikt jakoś nie chce tego tłumu zacząć. Po prostu ludzie wolą wierzyć politykom zamiast w złote zwierzęta spełniające życzenia.
    - Przepraszam bardzo - przerwała mu mama. - Ale tak to mówisz, jakby te zwierzęta naprawdę spełniały życzenia...
    - Bo to prawda.
    Zapadła cisza.
    - To jakiś program typu ukryta kamera? - spytała mama słabo.
    Chłopak ciężko westchnął i sięgnął pod ladę. Wyjął spod niej i ustawił na blacie małe akwarium. Wewnątrz pływała mała złota rybka.
    - Proszę powiedzieć jakieś życzenie.
    Mama Łukaszka patrzyła chłopakowi dłuższą chwilę w oczy chłopaka, a potem uśmiechnęła się i rzuciła lekko:
    - Chcę być piękna i młoda.
    Rybka wystawiła pyszczek nad wodę i odezwała się:
    - Phoszę bahdzo.
    Mama Łukaszka wpadła w straszliwe osłupienie porównywalne z tym z wieczory wyborczego w dwa tysiące piętnastym roku.
    Rozległo się głośne PYK i obok pojawił śniady pan. Zaczął mówić:
    - Ty kobiet. Ty być piękna i młoda. Chodź seksa na zapleczu. No chodź - i pogłaskał mamę Łukaszka po ramieniu co wyrwało ją ze stupory i zaczęła krzyczeć.
    Rybka znów wystawiła pyszczek ponad wodę.
    - Nie! - zaczął krzyczeć śniady pan. - Nie tak my się umawiać! Ja mieć dostać socjal Germany!
    Rozległo się głośne PYK i śniady pan zniknął.
    - Co... To... Było? - wyjąkała mama Łukaszka.
    - Mówiłem pani, złote zwierzę spełniające życzenia - powiedział ze spokojem sprzedawca.
    - Ile ono może spełnić tych życzeń?! - krzyczała mama Łukaszka.
    - Nie ma limitu.
    - A ile ona kosztuje?
    Sprzedawca wymienił dość konkretną kwotę, zaznaczając, że to razem z akwarium. Mama zapłaciła.
    - Co to w ogóle a gatunek?
    - Leszcz sopocki.
    Pracownik sklepu przetransportował akwarium do mieszkania Hiobowskich i już po godzinie mama Łukaszka wpatrywała się w Leszcza sopockiego pływającego leniwie w jej kuchni.
    - Mam życzenie - powiedziała mama.
    Rybka pływała sobie dalej i nie zwracała na mamę uwagi.
    - No? - rzuciła niecierpliwie mama.
    Ryba udawała, że śpi.
    - No?!!
    Rybka wystawiła pyszczek z wody.
    - Poważna sprawa. Nie lekceważę jej. Odniosę się do życzenia w poniedziałek o piętnastej.
    - Teraz!!! - mama Łukaszka plasnęła dłonią o blat.
    - A jakie to życzenie?
    - Chcę mieć dużo pieniędzy!
    - Pieniędzy nie ma i nie będzie - odparła z godnością rybka i spłynęła na dno.
    Mama Łukaszka była zła i sięgnęła do szuflady po nóż.
    - Pieniądze będą, oczywiście będą! - rybka szybko zmieniła zdanie.
    - A ile?
    - Jestem gotowa na każdą ilość!
    Zapadło niezręczne milczenie.
    - No i gdzie te pieniądze? - zapytała mama Łukaszka.
    - Dwa hazy obiecać to jak haz dotrzymać - zachichotała rybka.
    - Nie denerwuj mnie, bo jak ja zaraz...
    - A czy zamiast pieniędzy nie wystahczy satysfakcja z byciem bahdziej euhopejskim z hacji posiadania hybki akwahiowej?
    - Nie! Mają być pieniądze! Prawdziwe!
    - Mój Boże - załamała płetwy rybka. - Gdybym miała taki guzik "daj pieniądze" to nic bym nie hobiła, tylko go naciskała.
    - "Mój Boże"? Ty wierzysz w Boga? - spytała podejrzliwie mama.
    - Jezus Mahia, oczywiście, że nie!
    - Wiedziałam - załamała ręce mama. - Wiedziałam, że w tym musi być jakiś haczyk. Nikt nie sprzeda tak tanio prawdziwej rybki spełniającej życzenia...
    - Jestem phawdziwa! - darła się rybka.
    Zadzwonił dzwonek u drzwi i mama poszła otworzyć. Na progu stał syn sąsiadki, Wiktymiusz.
    - Z mamą niedobrze - powiedział.
    Mama Łukaszka oczywiście poszła na pomoc. Z mamą Wiktymiusza było naprawdę źle. Leżała na kanapie, podrygiwała i się trzęsła, a jej głowa była podtrzymywana przez jedną panią, która była szefową obu mam w osiedlowym kole Komitetu Obrony Dewiacji.
    - Straszne - mama Łukaszka kłękła przy tapczanie i dotknęła czoła mamy Wiktymiusza. - To chyba padaczkowe. Na tle nerwowym.
    - Mogę załatwić termin do neurologa na pojutrze - odezwał się z tyłu jakiś miaukliwy głos.
    - Milcz, ty bydlaku! - krzyknęła szefowa koła.
    Mama Łukaszka spojrzała na mamę Wiktymiusza przed sobą, szefową koła obok siebie i Wiktymiusza też obok siebie.
    - Jeśli wszyscy są tutaj, to kto się odzywa za moimi plecami? - szepnęła i obejrzała się. Za nią na dywanie siedział złoty kot i mył się łapką.
    - To Syjam Żoliborski, złoty kot spełniający życzenia - wyjaśniła szefowa koła. Kupiłyśmy go we dwie i miał spełniać życzenia...
    - Wiem - przerwała mama Łukaszka. - Ja kupiłam rybkę. Ale ona jednak życzeń nie spełnia, tylko bezczelnie kłamie...
    - Ten to samo. Koleżanka miała cały szereg życzeń - szefowa wskazała drgającą mamę Wiktymiusza. - chciała żyć w kraju bezpiecznym, demokratycznym, tolerancyjnym, gdzie kobiety mają prawa.
    - I co? - mama Łukaszka trochę się zarumieniła na myśl, że ona pomyślała tylko o pieniądzach.
    - I nic. Gnojek się bezczelnie śmiał i powiedział, że nie może spełnić czegoś, co już jest. Że tylko głupie baby mogą żądać praw, które już mają, że to, że zaraz będą wybory najlepiej świadczy, że jest demokracja, i że... Och, on mówił takie rzeczy, że koleżanka wpadła w taki stan jak widać.
    - Mógłbyś ją uleczyć? - mama Łukaszka spytała kota.
    - Nie ma problemu - kot machnął ogonem. Rozległo się głośne PYK. Mama Wiktymiusza przestała drgać i zwiotczała. - Teraz pośpi parę godzin, a kiedy się obudzi będzie tak samo zdrowa i mądra jak przedtem.
    - Milcz ty podły futrzaku - szefowa koła wstała z kanapy. - Jednak spełniasz życzenia. To posłuchaj teraz mojego. Chcę żyć w kraju, w którym obecny rząd jest opozycją, a obecna opozycja rządem.
    - Nie ma problemu - zaśmiał się kot. - Ale takie życzenie rodzi pytanie jak wiele jesteś gotowa poświęcić. Jesteś gotowa być biedna, głodna, bezrobotna?
    - Oddam wszystko - wycedziła szefowa koła.
    Rozległo się głośne PYK i kobieta zniknęła.
    - Coś ty zrobił? Gdzie ona jest? - wyszeptała przerażona mama Łukaszka.
    - Nie "gdzie" tylko "kiedy". Cofnąłem ją w czasie - wyjaśnił kot. - Ma teraz swój zad, opozycję, wymarzony świat.
    - Zaraz, moment - wtrącił się Wiktymiusz. - Jeśli cofnęła się w czasie, to ona nadal jest w dzisiejszych czasach, tylko starsza. To kim jest ona teraz?
    I sięgnął po telefon.
    - O ja cię - wyszeptał. - Jest europosłanką. I głosuje przeciwko Polsce.
    - Nie mówi się "przeciwko Polsce" tylko "za Europą" - poprawiła go odruchowo mama Łukaszka i spojrzała na drzwi pokoju, bo ktoś właśnie wszedł. Był to Łukaszek.
    - Wszyscy cię szukają - oznajmił swojej mamie. - Chodź na obiad.
    - Ja tylko na chwilkę... JUż idę... - mama zerwała się spłoszona. Spojrzała na śpiącą mamę Wiktymiusza, na kota, który się mył, na samego Wiktymiusza i poszła.
    - To wszyscy już wrócili?
    - Tak, i zdziwiliśmy się, że ciebie nie ma, a jest akwarium z rybą.
    - E, no... Właśnie... - zająknęła się mama Łukaszka. - A czy ta rybka coś... Mówiła?
    Oczekiwała, że syn ją wyśmieje, ale Łukaszek zrobił niewyraźną minę i bąknął:
    - Obiecywała złote góry.
    - I co? I co?
    - I dziadek ją wyfiletował, a babcia właśnie smaży...
    5
    5 (1)
  •  |  Written by Marcin Brixen  |  0
    Przed wejściem do bloku, w którym mieszkali Hiobowscy doszło do dwóch jednocześnie awantur. W pierwszej brała udział dozorczyni, pani Sitko z mamą Wiktymiusza, a w drugiej pan Sitko ze swoim kolegą.
    Pan Sitko ze swoim kolegą toczyli spór dotyczący kwestii biologicznej, mianowicie, czy mają jeszcze pieniądze na wino. Natomiast dyskurs obu pań to byłą metafizyka, dotyczyła bowiem kwestii zaufania.
    - No czy jest pani  stanie zaufać takiemu Karosławowi-Jaczyńskiemu - napierała mama Wiktymiusza.
    - Owszem, jestem - bohatersko broniła się pani Sitko.
    - A czy dałaby mu pani do potrzymania swoje pieniądze? - spytała podstępnie mama Wiktymiusza.
    Strzał był celny. Pani Sitko zagryzła wargi i zrobiła przykrą minę.
    - Ha! Widzi pani! - triumfowała mama Wiktymiusza. - A ja wolę dać pieniądze innej osobie, nawet całkiem obcej, niż Karosławowi-Jaczyńskiemu! Do potrzymania oczywiście - dodała patrząc na kolegę pana Sitko.
    - Czego? - zapytał kolega.
    - Pan jest całkiem obcy - powiedziała mama Wiktymiusza. - Przyjmie pan ode mnie pieniądze? Do potrzymania. Odda mi je pan, prawda?
    - Oczywiście, oczywiście - zapewnił skwapliwie kolega. Mama Wiktymiusza wyjęła z portfela kilka banknotów i podała je koledze pana Sitko, a ten wziął je do ręki i zaczął patrzeć na nie wzrokiem pożądliwym wielce.
    - I co? Widzi pani? - odezwała się zadowolona mama Wiktymiusza do pani Sitko. - Stało się coś? Nie. A strach pomyśleć co by się działo, gdybym dała je do ręki Karosławowi-Jaczyńskiemu. No, dobra, wystarczy. Poproszę moje pieniądze z powrotem.
    Ale kolega pana Sitko trzymał banknoty w dłoni i najwyraźniej nie miał ochoty ich oddać.
    - Proszę? Halo! - mama Wiktymiusza zaczynała się denerwować, a pani Sitko, rzecz ciekawa, w tym czasie zaczynała się coraz lepiej bawić. Zauważyła nawet:
    - Może ten Karosław to nie byłaby taka zła opcja?
    Mama Wiktymiusza już poirytowana stanowczym głosem poprosiła o zwrot gotówki argumentując:
    - Przecież to są moje pieniądze!
    - To... - zachrypiał kolega. - To już nie są pani pieniądze.
    Powiało grozą i puszką po rybach ze śmietnika.
    - A czyje? - spytała uginając się pod ciosem mama Wiktymiusza.
    Kolega pana Sitko uniósł banknoty w górę i zawołał w przebłysku geniuszu:
    - Unii Europejskiej!
    To był nokaut. Mama Wiktymiusza padła na kolana i tak pozostała. A kolega schował pieniądze do kieszeni i zadowolony oświadczył panu Sitko, że już mają za co pić.
    - Ani mi się waż - pani Sitko złapała małżonka za łokieć. - Nigdzie nie pójdziesz. Że też ci nie wstyd pić za pieniądze sąsiadki.
    - Jeśli nie będę pił za pieniądze sąsiadki będę pił za twoje - uświadomił połowicę pan Sitko.
    - Idź!
    5
    5 (1)
  •  |  Written by sprzeciw21  |  0
    W roku 2021/22 – jak wynika ze sprawozdania finansowego dostępnego w KRS - spółka Elewarr osiągnęła rekordowy zysk - 40.112.864,93 złotych netto. Nigdy wcześniej takiego wyniku w swej 30-letniej historii spółka nie osiągnęła?

    Jednakże 13 lipca 2022 czyli tuż po zakończeniu roku obrotowego, Daniel Alain Korona, autor tego sukcesu, został odwołany bez uzasadnienia. Gdy objął w listopadze 2018 funcję prezesa spółki, zastał ją ze stratą (2017/18) - 17,2 mln złotych. Przez następne lata wyprowadził ją na prostą, a w mediach ukazywały się informacje o kolejnych rekordowych wynikach. Już w pierwszym roku 2018/19 roku spółka osiągnęła zysk netto 0,93 mln zł, w 2019/20 -  1,676 mln zł. W kolejnych latach uzyskuje już historyczne rekordowe zyski netto tj. 15,76 mln zł w 2020/21 i 40,1 mln zł zysku w 2021/22.

    Mimo tak świetnych wyników, 13 lipca 2022 r. Krajowa Grupa Spożywcza (do której włączono w kwietniu spółkę Elewarr) odwołała go ze stanowiska. Nie było żadnego uzasadnienia, żadnych zarzutów, a 22 grudnia – to samo KGS działające jako Zgromadzenie Wspólników udzieliło mu absolutorium.

    Dziś o takich wynikach jak za czasów Korony, Elewarr może tylko pomarzyć, a sytuacja finansowa Spółki znacznie się pogorszyła.

    -------------------------------
    Rozmowa  z drem Danielem Alain Koroną, opublikowana przez Salon24.pl.

    13 lipa dokładnie rok temu zostałeś odwołany z funkcji prezesa Elewarru? Do tej pory nie wiadomo jakie były przyczyny twojego odwołania.
    Oficjalnych nie było, ale też być nie musiało. Nieoficjalnie twierdzi się, że mojego odwołania zażądał minister rolnictwa, ale przecież Elewarr podlegał formalnie Krajowej Grupie Spożywczej czyli Ministrowi Aktywów Państwowych. A zatem i z tej strony było przyzwolenie, a wydaje się że nawet i wola mojego odwołania. Przeszkadzałem na tym stanowisku, nie pasowałem do obrazu, nie należałem do układów. Wyciągnięcie Spółki z dołka, 4-letnie pozytywne wyniki w tym ostatnie dwa rekordowe (ponad 40 mln zł zysku netto w 2021/22) nie miało żadnego znaczenia. Zadecydowało widzi mi się.

    Z perspektywy, jest jakiś żal?
    I tak, i nie. Na początku jest jakiś żal, za ludźmi, za miejscem, poczucie jakiejś niesprawiedliwości. Ale zrobiono mi przysługę odwołując mnie w tym okresie, nie musiałem konfrontować się z różnymi idiotyzmami, które próbowano narzucić Spółce, a co też ważne mogłem wreszcie odpocząć. Na moim odwołaniu, straciło jedynie PiS czyli Państwo i Spółka.

    W lipcu br. nastąpiły kolejne zmiany w Elewarrze? Jak je oceniasz?
    Krytycznie. Odwołano wieloletniego dyrektora oddziału Krupiec Jana Skórę. Miał jak każdy swoje wady, ale niewątpliwie doświadczenie i wiedzę posiadał. Odwołano wiceprezesa Spółki, czyli spowodowano kolejną dezorganizację w funkcjonowaniu Spółki. Odwołano radę nadzorczą na kilka miesięcy przed zatwierdzeniem sprawozdania finansowego. A kogo się powołuje? Osoby, które nic albo niewiele wiedzą o Spółce. Nie chcę deprecjonować nikogo, ale nie czas na naukę, zapoznanie się, bo sytuacja rynkowa jest trudna. Ale powiem więcej. Uważam, że ubezwłasnowolnienie Elewarru przez Krajową Grupę Spożywczą, to błąd, który odbije się na spółce ale także na samym KGSie.

    ?
    Elewarr był małą spółką handlową, powiem wręcz spekulacyjną. Potrzebuje dużej swobody, niezależności i szybkości w działaniu. W maju ubr zarząd KGS zapewniał o poszanowaniu autonomii Spółki i tego nie dotrzymał. Od ponad roku Spółka jest dostosowywana do procedur, wymogów i kultury korporacyjnej KGS. Priorytetem staje się wypełnienie sprawozdań KGS, a nie handel czy zarabianie pieniędzy. W takiej strukturze i atmosferze taka spółka jak Elewarr traci efektywność. Z kolei dla KGSu, Elewarr stanie się w przyszłości ciężarem, bo trzeba będzie tą spółkę cały czas nadzorować i wesprzeć.

    A gdybyś otrzymał propozycję powrotu, czy byś przyjął na zasadzie do 3 razy sztuka.
    Nie wiem, czy będzie do czego wracać. Elewarr musiałby być ponownie autonomiczną spółką a to wymaga ustanowienia innych niż obecnie relacji z Krajową Grupą Spożywczą i z politykami. Ponadto musiałbym mieć carte blanche w sprawach Spółki. Nie interesuje mnie rola wykonawcy poleceń i pomysłów nierealistycznych. Zająłeś się działalnością związkową, wiele osób utożsamia ZZR KORONA z twoją osobą?  Nie jestem założycielem Związku Zawodowego Rolnictwa „Korona”, choć pomogłem przy rejestracji. Związek powstał w okresie covidowym, a Święta Korona jest patronką, która chroni przed epidemią. Stąd nazwa, a przy okazji był to też jakiś ukłon w moją stronę. Po odwołaniu mnie z funkcji prezesa Spółki, włączyłem się w działalność. Zostałem doradcą i pełnomocnikiem Związku, autorem strategii medialnej Związku. Gdyby nie moje odwołanie, a następnie moje zaangażowanie prawdopodobnie ZZR KORONA nie zyskałby takiego znaczenia. wywiad

    za (https://www.salon24.pl/u/wiadomoscibiezace/1313663,aaa )
    0
    Brak głosów

Strony